Pożegnanie…

Hej wszystkim. :)

Nie będę się tutaj rozpisywać. Powiem wprost. To ostatnie co zamieszczam na tym blogu. Już dawno podjęłam tę decyzję tylko czekałam na odpowiedni moment. A wydaje mi się, że sylwester, czyli pożegnanie starego roku, to idealny czas na rozstanie :/

Powiem jeszcze, że te dwa… Tak, chyba DWA lata były dla mnie cudowne. Dzięki temu odnalazłam życiową pasję, czyli pisanie i też je podszkoliłam. dziękuję też wszystkim, którzy byli ze mną tyle czasu. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. No ale teraz trzeba się skupić na książce…

I coś jeszcze, dla tych którzy nie widzieli filmu o naszych kochanych pingwinkach… obejrzałam przed chwilą cały film i mówię wam jako prawdziwa fanka. SZCZERZE bałam się, że przy tym filmie nie będzie można się wzruszyć… A tu BAM! Niespodzianka! Ryczałam jak idiotka! xD

Jakoś teraz patrzę tak na pingwiny w tele i czuję się dziwnie… pełnometrażówka zaskoczyła mnie w NAPRAWDĘ pozytywny sposób ;) A Szerciu, za który niezbyt przepadałam wkradł się na zawsze w moje łaski :3 DOBRA! Nic więcej nie powiem! :D

Ach… No to co?… Życzę wam wszystkim szczęśliwego nowego roku, spełnienia marzeń i determinacji w dążeniu do celu :)

Żegnajcie! Ściskam was mocno!

Karolina :)

„Czerwona peleryna part two”

- Naprawdę tak uważasz? – Spytałam, skrępowana odwracając wzrok.

- Tak – skinął głową Jasper. – To znaczy… Nie zrozum mnie źle. Zawsze wyglądasz świetnie, ale dzisiaj…

Zarumieniłam się jeszcze bardziej, ale… Nagle tuż za sobą usłyszałam śmiech, który bez wątpienia należał do Amy.

- No i co cię tak bawi? – Warknęłam odchylając nieco głowę w jej stronę.

Nie otrzymałam jednak odpowiedzi, więc po prostu skupiłam się na tańcu i ponownie skierowałam wzrok na pingwina. Jednak on nie patrzył na moją twarz tylko trochę niżej. Bez żadnych podtekstów, po prostu gapił mi się na szyję.

- Nieźle się wciągnąłeś w rolę wampira, co? – Zaśmiałam się.

Chłopak potrząsnął głową i ponownie spojrzał mi w oczy.

Zmroziło mnie po same końce włosów. Jego oczy… Lśniły. I to nie było odbijane światło.

- Jasper – sapnęłam. – Kiedy założyłeś soczewki?

- Co? – Pingwin zamrugał szybko kilka razy, a jego spojrzenie wróciło do normy. – Jakie soczewki?

- No te… – Zaczęłam, ale przerwało mi przeraźliwe kłucie w głowie.

- Au! – Syknęłam odsuwając się od przyjaciela.

- Kimmy, co jest? – Zapytał zaniepokojony.

- To tylko ból głowy – odparłam zaciskając mocno powieki. – Zaraz przyjdę.

I nie dodając nic więcej pobiegłam jak najszybciej do domu.

Wpadłam do jaskini i natychmiast otworzyłam szafkę, w której trzymałam wszelakie maści, czy leki. Wzięłam dwie tabletki na ból głowy i popiłam wodą z butelki stojącej przy moim łóżku. Potrząsnęłam głową, wzięłam jeszcze jeden łyk mineralnej i ruszyłam do wyjścia, kołysząc się, jakbym była po jakimś potężnym melanżu.

Jeszcze dobrze nie wyszłam z jaskini, a przed oczami zrobiło mi się ciemno i… Chyba upadłam.

Wydawało mi się też, że w oddali słyszę wycie, ale równie dobrze mogłaby to być jakaś piosenka.

Nie wiem, ile czasu spędziłam, leżąc na podłodze i nie mogąc się ruszyć. Jednak, gdy w końcu udało mi się wstać, zauważyłam pewną różnicę. Zajęło mi nie dłużej niż pięć sekund zrozumienie, że chodzi o muzykę. A mianowicie o to, że całkowicie ucichła. Nie dobiegały do mnie również odgłosy rozmów, czy nawet klaksonów samochodowych w mieście. To było bez sensu.

Jednak coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Spojrzałam w dół i ze zdziwieniem stwierdziłam, że w ręce trzymam…

- Kosz piknikowy? – Mruknęłam zaskoczona sama do siebie, po czym rozejrzałam się niepewnie. Dobra! To już przestaje być zabawne!

Nie zastanawiając się ani chwili dłużej wyszłam na zewnątrz, a tam…

- Co do… – Zaczęłam wybałuszając oczy. – Jaja jakieś?!

Ogrodzenie zniknęło! Właściwie to innych, które powinny być w zoo też nie zauważyłam. O! Ale może to dlatego, że, teraz tylko sadzawka, odgradzała mnie od gęstego, spowitego mgłą, lasu!

Przerażona obróciłam się we wszystkich kierunkach. Cały Manhattan… jak nie Nowy Jork… Po prostu wyparował! Został zastąpiony jakimś borem!!

- Nie, to się nie dzieje – mówiłam sama do siebie. – To tylko zły sen, a ja nadal leżę na podłodze w domu i próbuję wstać.

Taa, nadzieja jest matką głupich, jak to czasem mówią…

Nie wiedziałam, co mam w tej chwili zrobić. Wszystko w tamtej chwili przemawiało przeciwko mnie. Las, kosz piknikowy i ta przeklęta peleryna!

Owszem, mogłam zostać w domu, ale wtedy również zostałabym sama w sercu lasu. Dlatego zebrałam w sobie całą odwagę i ruszyłam na północ.

Tak mi się przynajmniej zdawało.

Każde drzewo zdawało mi się być identyczne, co poprzednie, gęste zarośla szarpały moje futro, a mgła utrudniała widoczność. Czułam się jak zaklęta w czasie. Nie wiedziałam ile już czasu minęło. Godziny, a równie dobrze mogłyby to być minuty.

Nagle dopadła mnie pewna myśl i zorientowałam się, że nie mam pojęcia, co jest w tym koszu, który wciąż mam ze sobą.

Zatrzymałam się i niepewnie spojrzałam na koszyk. Ostrożnie uniosłam „pokrywkę” i wstrzymałam oddech. W środku, zamiast typowego jedzenia, znajdowała się wszelkiego rodzaju broń! Gwiazdki, munchako, kilka noży i mały srebrny pistolet.

Tego to ja się nie spodziewałam!

Patrzyłam na cały ten ekwipunek z szeroko otwartymi oczami i ustami.

- Co tu się dzieje? – Spytałam samą siebie. Drżącą dłoń zacisnęłam na trzonie noża i wyjęłam narzędzie z kosza.

Obejrzawszy go ze wszystkich stron, ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest na nim moje imię. Z jeszcze większym zdumieniem przypatrywałam się pięknym literom, które zostały wyryte w ostrzu.

Co to ma niby oznaczać? Dlaczego na jakimś przypadkowym narzędziu jest wyryte moje imię?!

Nie miałam się jednak czasu nad tym zastanawiać, bo nagle, kilka metrów za sobą, usłyszałam trzask gałązki.

Strach zmroził mnie całą i wprawił serce w szybsze bicie. Chciałam się poruszyć, ale moje ciało jakby nie należało do mnie.

Jednak kiedy tylko usłyszałam kolejny trzask poderwałam się do biegu i, nie zwracając uwagi na ostre gałęzie przecinające moją skórę, pobiegłam przed siebie.

Nie wiem ile tak biegłam, ale w pewnej chwili drzewa ustąpiły miejsca dużej polanie.

Zaskoczona stanęłam jak wryta w ziemię. Kolejna, niezbyt przyjemna, niespodzianka. Na otwartej przestrzeni, wśród nagrobków stała chata, żywcem wyjęta z horroru. Ściany z białego kamienia pokrywały mech i wiązy winogron, które już dawno przestało dawać owoce. Szyby w oknach były wybite, a na drzwiach dostrzegłam wyraźne ślady pazurów.

Nie wiem dlaczego, ale coś mnie pchało w stronę chaty. To idiotyzm lecz tak właśnie było. Powoli przeszłam pomiędzy szarymi nagrobkami, na których nie udało mi się dostrzec ani jednego imienia, czy nazwiska. Na każdym natomiast był wyryty inny obrazek. Na pierwszym, wilk. Przystojny, dostojny i szelmowsko uśmiechnięty nie sprawiał wrażenia okrutnej bestii. Pod nim, odzobnym pismem umieszczona została litera „I”. Na drugim była postać, odwrócona tyłem, w długiej pelerynie. Literą było w tym wypadku „M”. Kolejne sześć ilustracji przedstawiały różne sceny, między innymi taniec pod księżycem, czy, że tak to nazwę „krwawą ucztę”.

A ja po długiej chwili zorientowałam się, że wszystkie litery tworzą razem…

- Moje imię – szepnęłam patrząc na ostatni nagrobek. – To moje imię.

Na tej właśnie, ostatniej płycie, widniało serce podzielone na pół. Krew, która z niego spływała wydawała się tak realistyczna, że zdawało mi się nawet, że lśni w blasku luny.

Co tu się dzieje?! To wszystko nie ma sensu. No, po prostu nie ma!

Pokręciłam głową i powoli podeszłam do wejścia chaty. Nacisnęłam wiekową mosiężną klamkę i pchnęłam drzwi, które otworzyły się z cichym skrzypieniem.

Obejrzałam już całą masę horrorów i w tamtej chwili wszystko w moim ciele wrzeszczało – jak widownie w sali kinowej – „Nie wchodź tam!”

Oczywiście nie posłuchałam i przestąpiłam próg.

Wewnątrz to miejsce budziło stanowczo lepsze odczucia niż zewnątrz.

W prawym rogu stało duże łóżko przykryte szarą pościelą; tuż obok ustawiono szafę, obok lampę, a po drugiej stronie mały wygasły piec.

Nigdzie jednak nie zauważyłam nawet drobiny jedzenia. Jeśli nie rozszarpie mnie wilk to z pewnością umrę z głodu.

Przestąpiłam kilka kroków i po chwili omal nie zeszłam na zawał. Przede mną, właściwie znikąd, pojawiła się nieco niewyraźna, ale znajoma postać. Jej długie ciemnobrązowe włosy, w które wpięty był poszarpany welon, powiewały lekko na nieistniejącym wietrze, podobnie jak długa, wybrudzona czymś czerwonym, obdarta suknia ślubna.

- Ciocia Megan? – Spytałam niepewnie drżąc nieco.

Duch skupił na mnie swoje ciemnobrązowe oczy, z których zaczęły powoli spływać małe krople krwi.

- Och Kimmy – zaszumiała, a ja zdałam sobie sprawę, że ciocia po prostu płacze. – Nareszcie jesteś. Jej usta się nie poruszały. Mówiła cicho, a słowa rozbrzmiewały w mojej głowie, niczym moje własne myśli.

- Ciociu – nie mogłam się opanować i po mojej twarzy powoli zaczęły spływać słone łzy, drażniące moje oczy. – Co tu się dzieje?

Duch pokręcił głową, co najwyraźniej przyszło mu z wielkim trudem.

- Musisz skończyć swoją historię – szepnęła i zmarszczyła brwi. – A ja muszę skończyć moją.

Zamilkła, a ja zauważyłam, że jej sylwetka staje się jeszcze bardziej niewyraźna.

- Proszę cię – wyszeptałam wyciągając do niej dłoń. – Nie zostawiaj mnie.

Ciocia spojrzała na mnie po raz ostatni ze smutkiem, po czy rozpłynęła się w powietrzu.

Stałam w miejscu przez kilka, może kilkanaście, minut aż w końcu zrezygnowana usiadłam na łóżku i schowałam twarz w dłoniach. Nie płakałam jednak. Byłam na to zbyt zszokowana. Tak mi się wydaje, że dopiero teraz dotarła do mnie powaga i absurd całej tej sytuacji.

Już się przekonałam, że nie jestem w oryginalnej historii, bo przecież Kapturek nie miał w koszyku zestawu niebezpiecznej broni, a poza tym babci najwyraźniej znudziło się mieszkanie w samym środku lasu i przeniosła się do domu spokojnej starości, gdzie pewnie teraz albo śpi, albo gra w bingo.

Wszystko to mnie przerażało, ale… Może ciocia ma rację? Może, żeby wyjść z tej opowieści muszę ją najpierw skończyć. Jezu, ale to przecież nawet brzmi idiotycznie! Skąd ja mam niby wiedzieć, co teraz robić skoro TO wszystko, co tu się dzieje, nie ma prawie nic wspólnego z Czerwonym Kapturkiem.

Nie wiem ile jeszcze czasu spędziłabym w tej niezbyt wygodnej pozie na jedynie pozornie miękkim łóżku. Może do końca swoich dni. Jednak rozmyślania przerwał mi nieprzyjemny odgłos szarpania w drzwi. Serce automatycznie podskoczyło mi do gardła, a przez całe ciało przelała się fala zimna. Przecież doskonale wiedziałam kto jest za drzwiami. I właśnie ta wiedza podpowiedziała mi żebym nie ważyła się otwierać.

Po raz pierwszy tego dnia posłuchałam głosu rozsądku i na sztywnych nogach wstałam i powoli przysunęłam się do ściany zawczasu chwytając za nóż.

Uderzenie rozległo się po raz drugi przez co chatka zadrżała jak ja sama.

Trzeciego razu stare drzwi nie wytrzymały i ustąpiły, a w wejściu pojawił się wilk.

Jednak jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się, że jest mojego wzrostu jak i nie wieku. No i wcale nie wyglądał na bestię. Jego szaroniebieskie oczy lśniły lekko, a usta wykrzywione były w uwodzący, nieco szelmowski, uśmiech.

Miał jasnoszare futro na grzbiecie i białe na brzuchu. Było w nim coś… Eh, no dobra, powiem. Pociągającego.

Ale oczywiście nie przestałam się go bać. Jego niesamowicie przystojna buźka nie mogła mnie rozproszyć!

Chyba…

- Kimberly – szepnął hipnotyzującym głosem, podchodząc nieco bliżej. – Jesteś…

Przycisnęłam się jeszcze bardziej do ściany. Co tu się działo?!

- Skąd znasz moje imię? – Spytałam nieco piskliwym ze strachu głosem.

Wilk zatrzymał się i spojrzał na mnie zdumiony.

- O czym ty mówisz? – Zapytał szczerze zdziwiony. – Przecież to ja.

Ależ mi pomógł!

- A to „ja” znaczy kto? – Chciałam wiedzieć. Teraz byłam już chyba bardziej wściekła niżeli przestraszona.

- Dark – odpowiedział niepewnie chłopak patrząc na mnie jak na wariatkę. – Dobrze się czujesz?

Ach tak! Czuję się doskonale! Jestem tak zrelaksowana i odprężona, że chyba sobie usiądę, albo nie, położę się na łóżku i nadstawię ci szyję, żebyś mógł łatwiej wbić swoje zębiska w moją tchawicę!

Zamiast tego powiedziałam jednak:

- Chcę ci tylko powiedzieć, że jeśli zaatakujesz, będę walczyć. – Uniosłam podbródek żeby sprawiać wrażenie pewnej siebie, jaką w rzeczywistości nie byłam.

- O czym ty mówisz laleczko?

No nie! Tego już było za wiele!

- Laleczko?! – Syknęłam. – Słuchaj no! NIKT, ale to NIKT nie będzie do mnie mówił laleczko!

Dark zmarszczył brwi i cofnął się na kilka kroków.

- Dobra, przepraszam – westchnął, a mnie wtedy sparaliżowało. Przestałam się marszczyć (ale to debilnie brzmi) i wyprostowałam się.

- Co powiedziałeś? – Spytałam niemal szeptem.

- Przepraszam – powtórzył chłopak z małym wahaniem.

Niemożliwe… To jest bez sensu. ON mnie przeprasza? Czy bestia, która ma cię zaraz pożreć… Jednocześnie cię przeprasza?!

Chociaż… On mi na bestię nie wygląda…

- Ja… – Zaczęłam z wahaniem. – Nie wiem skąd mnie znasz, ale sobie ciebie nie przypominam.

Wilk spojrzał na mnie z dziwnym uczuciem w spojrzeniu. Czy to był?… Tak, to był smutek.

- Musisz mi zaufać – powiedział cicho. – Ja nie chcę cię skrzywdzić.

- Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć – odparłam nieco zaskoczona jego prośbą.

- A jak w tym świecie tego dokonać? – Zapytał z ironią w głosie. – Tutaj wszyscy chcą mnie zabić, a ty… – Przerwał i wbił wzrok w podłogę.

- Co ja? – spytałam już poirytowana.

- Tylko ty możesz mi pomóc – dokończył szybko.

- Co? – Spytałam unosząc jedną brew w górę. – Dlaczego akurat ja?

- Bo ty jesteś dziewczyną z legendy – podniósł wzrok i spojrzał na mnie z powagą. – Dziewczyną w czerwonej pelerynie…

 

 

Oho! Robi się coraz ciekawiej. I to wszystko przez to, że postanowiłam założyć na ten wieczór przebranie Czerwonego Kapturka. Zapamiętać na przyszłość – jeśli jakaś będzie – nigdy nie przebierać się w postacie z jakichkolwiek bajek.

- Dark – zaczęłam z wahaniem, ale i nie małą ciekawością. – Opowiesz mi tą legendę?

- Pewnie – odpowiedział wilk. – Ta opowieść w całości została zapisana na nagrobkach przed tą chatą… Widziałaś je?

- Trudno byłoby nie zobaczyć – skinęłam głową.

- No właśnie. Ale wszyscy tutaj znają tę historię na pamięć. I szczerze się jej boją. – Chłopak spuścił wzrok. – Pewnego dnia ma pojawić się dziewczyna w czerwonej pelerynie o imieniu Kimberly, która udowodnić ma, że to nie ja jestem winny wielu zabójstwom, które niedawno miały miejsce… Oni nie wierzą, że nie jestem bestią i sądzą, że jeśli się pojawisz to… To pomożesz mi ich zabić. Dlatego nikt nie może wiedzieć, że tu jesteś, bo… – spojrzał na mnie z powagą. – Bo bez wahania cię zamordują.

Przez kilkanaście sekund w chacie panowała kompletna cisza. Próbowałam przetrawić sobie jego słowa, ale jakoś nie mogłam. Ja MIAŁAM się tu pojawić. To nie było kwestią przypadku. To nie Jasper, Ivy, czy Amy, a JA.

Jezu! Dlaczego muszę być sobą?!

To wielka odpowiedzialność, a fakt, że wszyscy poza Dark’iem chcą mnie zabić wcale nie poprawia sytuacji.

Nie mogę go jednak zostawić w tej sytuacji. To byłoby niehonorowe. A poza tym i tak nie mam pojęcia jak wrócić, więc… Co za różnica?

- Pomogę ci, ale – zaczęłam po jakimś czasie – nie mam pojęcia jak to zrobić.

- Rozumiem – wilk pokiwał głową.

- To nie znaczy, że nie spróbuję – powiedziałam szybko widząc jego minę. – Może opowiedz mi coś więcej na temat tych zabójstw?

- Jasne – westchnął. To zaczęło się jakiś miesiąc temu… Mieszkańcy wioski i lasu zaczynali znikać, a dokładnie tydzień później ich ciała odnajdowały się w dziwnych miejscach. Jeden trup pozostawiony był też pod stodołą, ale nikt go nie znalazł. Denaci byli za każdym razem rozczłonkowani i zmasakrowani. Oczywiście pozostali oskarżyli o wszystko mnie i właściwie od pierwszego zaginięcia wciąż na mnie polują.

Pokiwałam w zamyśleniu głową, ale… Nie mogłam powstrzymać ziewnięcia. Nie chodziło o to, że znudziła mnie ta historia, po prostu powieki mi już same opadały.

- Dark – mruknęłam – zajmę się tym, ale… Teraz jestem zmęczona i…

- Prześpij się – przerwał mi wilk uśmiechając się łagodnie. – To był pewnie dla ciebie ciężki wieczór…

 

* * *

 

Leżałam skulona na łóżku już dość długi czas.

Prawie zasnęłam, ale w ostatniej chwili uderzyła we mnie przerażająca myśl.

Skoro nie znaleziono ciała pod stodołą to skąd Dark o nim wiedział? Była na to tylko jedna słuszna odpowiedź…

Dlaczego ja muszę być taką idiotką?! Zwykle nie ufam obcym, a teraz… Chyba omamił mnie jego wygląd i niewinny ton. A teraz mam za swoje i teraz od szalonego zabójcy dzieli mnie jedynie ściana.

Nie sparaliżował mnie strach. No dobrze, może troszeczkę. Ale zachowałam jasność myślenia. Wiedziałam, że jest na zewnątrz. I pewnie czeka aż zasnę.

Tak więc powoli, tak żeby łóżko nie zaskrzypiało, wstałam i sięgnęłam po swój kosz, który postawiłam tuż obok. Wzięłam do ręki nóż. Cóż, mogłam równie dobrze wybrać pistolet, ale nie byłoby z tym zabawy.

Naciągnęłam na siebie mocniej pelerynę i założyłam kaptur. I tak, wziąwszy kilka głębokich wdechów, powoli podeszłam do wyjścia i otworzyłam drzwi.

Wilk podskoczył lekko i natychmiast obrócił się w moją stronę.

- Kimberly? – Zdziwił się. – Dokąd to?

- Pomyślałam, że spacer dobrze mi zrobi – skłamałam. – Zaraz wrócę.

- To zły pomysł – pokręcił głową Dark. – Jeśli ludzie albo inne zwierzęta dostrzegą twoją pelerynę to cię zabiją.

- W takim razie zdejmę ją – odparłam może nazbyt zaborczo.

- Nie, nigdzie nie pójdziesz – powiedział stanowczo chłopak zbliżając się do mnie na niebezpieczną odległość ze wściekłym blaskiem w spojrzeniu.

- Koniec tej zabawy Dark – warknęłam i zacisnęłam ręce mocniej na trzonie broni. – Wiem, że to ty zabijasz!

Przez jedną małą chwilę wilk wyglądał na szczerze zaskoczonego. Ale to osłupienie zniknęło tak szybko jak się pojawiło.

- Tak? – Warknął. – A jak mi to udowodnisz?

- Nie muszę – syknęłam wyzywająco. – Wystarczy, że wiem o tym ja i pozostali mieszkańcy tego świata… Nie rozumiem tylko – zawahałam się. – Dlaczego opowiedziałeś mi tę zmyśloną bajeczkę zamiast od razu mnie zabić?

- I nigdy nie zrozumiesz – odparł, ale teraz jego głos przesiąknięty był nie wściekłością a czystym smutkiem. – Nie wiesz jak to jest, gdy zabijasz wcale tego nie chcąc, ale nic nie możesz na to poradzić!

- Co? – Spytałam lakonicznie niczego nie rozumiejąc.

- Nie chcę i nigdy nie chciałem zabijać – szepnął. – Ale każdej nocy coś mnie do tego zmusza… Coś czego nie mogę powstrzymać!

- A więc na co czekasz? – Zapytałam wyzywająco.

Zapadła dłuższa chwila ciszy. Tak długa, że doznałam wrażenia zatrzymania czasu. To głupie, wiem, ale nie przychodzą mi do głowy inne słowa, które mogłyby opisać całą tę sytuację.

- Nie chcę cię zabijać – powiedział w końcu. – Ale niedługo północ.

- I co to ma do rzeczy? – Spytałam marszcząc brwi. Eh, dlaczego ta godzina jest tak lubiana w horrorach?

- Bo to o tej godzinie zawsze tracę nad sobą kontrolę – oznajmił z dobrze słyszalnym smutkiem i złością w głosie.

- Tak jak mówiłam – zaczęłam napinając mięśnie. – Jeśli zaatakujesz, będę się bronić.

Ścisnęłam mocniej za trzon noża. Wyczuwałam narastające w Dark’u przerażenie niemal tak potężne jak moje. A może ono właśnie do mnie należało? Sama już nie wiem…

- Kimmy, proszę – szepną z dziwnym uczuciem w głosie. – Uciekaj, nie chcę cię skrzywdzić.

- Ale jeśli nie mnie… – Przełknęłam nerwowo ślinę. – To zabijesz kogoś niewinnego.

- A czemu ty jesteś winna? – Zapytał, a ja totalnie zbaraniałam. Na to pytanie odpowiedzi nie znałam, ale jednego byłam pewna. Jeśli ktoś ma zginąć tej nocy to będę to albo ja albo on.

Nie mogę przecież pozwolić żeby przelał krew jakiejś Bogu ducha winnej osoby.

- Błagam – teraz Dark niemal na mnie nie ryknął. – Uciekaj!

- Nie – powiedziałam stanowczo i przygarbiłam się nieco żeby być przygotowana na skok.

Wtedy to z wilkiem zaczęło dziać się coś dziwnego i z całą pewnością nic normalnego. Najpierw jego kręgosłup wystrzelił w górę tworząc wrażenie garba. Z pyska chłopaka wydobył się przy tym głuchy jęk.

Zarówno kły jak i pazury wydłużyły się i zaostrzyły. Teraz jego oczy przypominały raczej dwie bezdenne studnie niż wzburzony ocean, a jego szare futro zrobiło się znacznie gęstsze, ale było posklejane i poszarpane.

Przyznam, że byłam w małym szoku. No i może też nieco przerażona i w stu procentach pewna swojej śmierci.

Próbowałam jednak wziąć się w garść. Wyciągnęłam zza płaszcza nóż, ale natychmiast pożałowałam swojego wyboru broni.

Chyba nigdy się nie nauczę…

Basior zaatakował pierwszy. Rzucił się na mnie, pazurami rozcinając mi skórę na przedramieniu, z którego natychmiast zaczęła sączyć się krew.

Bolało jak cholera, ale ja tylko zacisnęłam zęby i wsunęłam się pod Dark’a żeby rozciąć mu łydkę. Udało się jednak po chwili chłopak zaczął kontratakować.

Nie mam pojęcia ile trwała ta walka, ale wiem, że pod koniec wbiłam nóż w bark tej bestii i nie mogłam go spowrotem wyciągnąć. Dlatego też w ruch poszły moje pazury.

Aż w końcu stało się coś, co całkowicie zmieniło losy tego pojedynku.

Wilk zrobił błąd i odsłonił szyję, a ja, korzystając z okazji zamierzałam mu je rozciąć. On jednak również się zamachnął, ale chyba stracił równowagę bo wbił się pazurami w mój brzuch.

Krzyknęłam i zamierzałam odpowiedzieć mu tym samym. Lecz los chciał, że basior uchylił się i moje pazury zagłębiły się w jego gardło.

Kilka sekund później z krzykiem, zagłuszonym przez wrzask wilka, wyszarpnęłam rękę i upadłam na ziemię.

Przez dłuższy czas na tej upiornej polanie panowała cisza.

Czułam ją… Po prostu wiedziałam, że ONA była blisko…

Śmierć już tu szła…

Czułam jak świadomość płata mi figla… Ta krew… Moja krew, która jeszcze minutę temu płynęła w moich żyłach, teraz uciekała małym strumieniem na zimną ziemię.

Wilk także nie wyglądał najlepiej. Jego rana, z pozoru niegroźna, krwawiła niemal tak samo, co moja. Lecz basior nie leżał spokojnie tylko wił się w konwulsjach warcząc przy tym schrypniętym głosem. W pewnej chwili jednak zamarł, a jego oddech się uspokoił.

- Przepraszam – usłyszałam nagle cichy głos wypełniony bólem.

- Na masz, za co – skłamałam… A może jednak nie? Wcale nie jestem od niego lepsza!

Nie usłyszałam niczego więcej… Dark zamilknął… Na zawsze.

Leżałam tak już dość długi czas i cała ta sytuacja zaczęła mnie mocno irytować. Wylały się ze mnie chyba ponad dwa litry krwi, a nadal istniałam na tym beznadziejnym padole zwanym życiem.

Tak to ma wyglądać? Śmierć w męczarniach, bez rodziny, przyjaciół… Miłości?

A to wszystko przez tą cholerną pelerynę!

W tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam szlochać…

W końcu, po sama nie wiem jak długim czasie, przyszła po mnie moja wybawicielka. Jej czerwone oczy, z których spływały czarne krople, były całkowicie pozbawione wyrazu. Skóra, biała jak śnieg emanowała nieprzyjemnym zimnem, a czarna suknia sięgająca do ziemi splamiona była krwią.

Śmierć okazała się być moim wybawieniem…

 

 

 

I jak? Według mnie trochę za szybko się wszystko dzieje, ale do horrorów potrzebne jest większe pole do popisu XD Komentujcie!

One – shot „Czerwona Peleryna – part one”

Witam wszystkich w moim pierwszym jednostrzałowcu z Kimberly :D Dobra, słowem wstępu. Chcę żebyście wiedzieli, że notka ta powstała w całości dzisiejszego dnia i dlatego nie jest zbytnio dopracowana i dość krótka. 

Teraz mam tu krótkie opisy innych postaci, które pojawią się tylko (chyba) w one-shot’ach (sorry, nie wiem jak będzie liczba mnoga XD)

Jasper

- rówieśnik i najlepszy przyjaciel Kimberly od dzieciństwa.

- z natury spokojny, ale gdy ktoś grozi Kimmy staje się prawdziwym potworem

- wygląd: http://karka-fanpom.deviantart.com/art/JasMmy-part-one-489382711

Rodzina:

- Michael (brat)

- Caleb (ojciec)

- Tanya (matka)

 

Michael (Mike)

- rok starszy od Jaspera

- przyjaciel Kimberly

- często jest zazdrosny o zażyłą relację Kimmy i Jaspera, bo w ukryciu kocha się w dziewczynie

- ma potrójną bliznę na prawym boku

 

 Caleb i Tanya

Mimo że są to pingwiny, mieszkają na innym wybiegu niż komandosi, bo są też przedstawicielami innego gatunku. Pojawią się tylko dwa razy (najprawdopodobniej) w serii jednostrzałowców.

 

 

To był chłodny, pochmurny wieczór ostatniego dnia października. Grube pienie niezliczonej ilości drzew rosnących w Central Parku, których gałęzie już od dawna zdobiły bogate-złote i królewskie-czerwone, korony, spowiła mgła tak gęsta, że idący przez park samiec wydry wpadł do jeziora. To z pewnością nie była zbytnio udana kąpiel.

Wszystko pogrążone było w nienaturalnej ciszy. Zaraz, zaraz! Ciszą?! Tak, to na pewno był Nowy Jork, a jednak… Miasto wydawało się całkowicie wymarłe.

Ale z drugiej strony… Czy można wymarzyć sobie lepszą atmosferę na Halloween?

Najbardziej imprezowy lemur na świecie postanowił wyprawić tego dnia – jakżeby inaczej – kolejną wielką imprezę, na którą przystali wszyscy… No dobrze. Wszyscy, poza jednym pingwinem, który postanowił zabarykadować się w bazie i ostrzegł, że jeśli ktoś spróbuje go przekonać do wyjścia, rozpocznie głodówkę. Jednak pozostali komandosi mieli sposób na swojego dowódcę i poprosili o pomoc Marlenę. Ta, po namowie przyjaciół, oznajmiła, że jeśli Skipper nie przestanie zachowywać się jak dziecko i nie wyjdzie z bazy, to da się zaprosić do tańca Julianowi. Oczywiście, ten argument okazał się bardziej skuteczny i pingwin, po kilkunastu minutach owijał się bandażami, w taki sposób, że reszta załogi przypomniała sobie incydent ze złamanym skrzydłem dowódcy i szalonej gonitwie po zoo.

Pozostali rezydenci ogrodu również nie marnowali czasu i szykowali przerażające przebrania na wieczór…

 

KIMBERLY

Halloween to jedno z moich ulubionych świąt. Te wszystkie przebieranki mogą się wydawać dziecinne, ale przecież nikt nie będzie się przebierać za księżniczkę w różowej sukience.

Tego wieczora, mniej więcej od osiemnastej siedziałam w domu z Amy i Ivy. One, już od dawna przebrane, postanowiły zająć się moim kostiumem.

- No nie wiem dziewczyny – mruknęłam, widząc czarną gotycką sukienkę, którą dla mnie znalazły i szkarłatną, aksamitną pelerynę wiszącą na wieszaku obok.

Na twarzy miałam chyba kilogram brokatu, (chociaż wyglądał genialnie), czarny cień na powiekach i usta pomalowane czerwoną szminką.

- Oj nie marudź! – Skrytykowała mnie Amy. – Będzie z ciebie upiorny Czerwony Kapturek.

- Nie wiem czy powinnam się obrazić – zażartowałam.

Lemurzuca wyglądała dość przerażająco. Twarz wypudrowała na biało, wokół oczu użyła czarnego cienia, a na policzkach namalowała farbą do twarzy, typowe dla mimów, zawinięte linie (?). Jakby tego było mało, ciemniejszą farbą dorobiła od kącików ust postrzępione linie, tak, że teraz wyglądała jakby na jej twarzy nieprzerwanie gościł upiorny i nienaturalnie szeroki, uśmiech.

Górę jej kostiumu stanowiła bluzka w czarno – białe pionowe pasy. Dół zaś czarne obcisłe spodnie i baleriny. Jeśli chodzi o fryzurę, to dała się namówić mnie oraz Ivy i puściła wolno swoje loki.

- Sama w to nie wierzę – odezwała się pingwinica. – Ale jak raz się z nią zgodzę.

Ona natomiast postanowiła wystąpić, jako (drapieżna) kocica. Na głowę wsunęła opaskę, do której przymocowane  sztuczne uszy. Do dzioba przyczepiła „wąsy”, a do kupra puszysty ogon. Założyła też na siebie skórkowy czarny kombinezon i wysokie trampki.

Wszystkie kostiumy znalazłyśmy w wypożyczalni ubrań dla zwierząt, prowadzonej przez pawia słynącego ze swego uwielbienia do mody, która działa już od ponad roku i zyskuje coraz większą popularność wśród zwierzęcych nastolatków, ale trudno się temu dziwić.

- Dobra dziewczyny – powiedziałam rumieniąc się. – Lepiej już chodźmy.

Powiedziałam to, bo już od kilkunastu minut z głównego placu dobiegały do nas basy z piosenki „E.T” Katty Perry.

No i tak, po mniej więcej minucie, szłyśmy już w kierunku epicentrum imprezy…

- Booo! – Rozległo się nagle tuż przy moim uchu. Dziewczyny pisnęły i odchyliły się w drugą stronę, ale ja tylko westchnęłam i odwróciłam się do Jaspera klepiąc go po głowie.

- Nie martw się stary – zaśmiał się Michael. – Może kiedyś uda ci się ją przestraszyć.

- Wątpię – zachichotałam.

- No ha ha – burknął pingwin. – Bardzo śmieszne.

- Nie obrażaj się – objęłam go ramieniem.

Jasper był przebrany w… No cóż. To było dość pospolite, ale wyglądał genialnie, jako wampir. Za to Mike założył kostium ninji.

- Hej! Idziecie, czy nie!

Spojrzałam w stronę parkietu i zorientowałam się, że Ivy wraz z Amy już tam dotarły.

- To, co chłopaki – spojrzałam na każdego z uśmiechem. – Gotowi?

- Jasne, rozkręcimy towarzystwo – zaśmiał się Jasper.

I już kilka sekund później w piątkę szaleliśmy na parkiecie.

 

KOWALSKI

- Kochanie! Pospiesz się! Nawet Skipper z Marlenką już poszli!

- Już idę skarbie! – Odkrzyknąłem dokręcając ostatnią śrubkę w moim najnowszym wynalazku. Niestety, jak na razie nie udało mi się wymyślić godnej nazwy, która…

Ekhem… No dobra, nie będę się teraz rozdrabniać nad nieistotnymi szczegółami. Ważne jest to, do czego służy.

Stworzyłem to specjalnie na Halloween. To skromne urządzonko, wykonane ze starej suszarki Megan, puszkach po farbach, kablem i innymi elementami, które powinny zostać tajemnicą, poprawia jakość kostiumu i jego „prawdziwość” w zaledwie sekundę.

- Czas na próbę generalną – mruknąłem do siebie i wcisnąłem odpowiedni guzik, który kiedyś pobudzał suszarkę do życia. Przy jej wylocie niemal natychmiast pojawił się mały niebieski płomień, który wzrastał z każdą sekundą, tak jak to było w planie.

Jednak w pewnym momencie urządzenie zaczęło drżeć mi w skrzydle i wydawać dziwne odgłosy.

- Ojoj, to zły znak – mruknąłem do siebie i właśnie wtedy urządzenie zaczęło gwizdać jak czajnik z gotującą się wodą.

Nagle promień światła urósł jeszcze bardziej aż w końcu nastąpił wybuch i promień objął swoim zasięgiem całe laboratorium.

Siła wybuchu niemal powaliła mnie na ziemię, ale jakoś udało mi się ustać.

- No ładnie – mruknąłem, patrząc na szczątki owocu mojej dwutygodniowej pracy.

Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich zaniepokojona Meg, przebrana w niemal przezroczystą specjalnie podziurawioną halkę, we włosy miała wpięty stary postrzępiony welon, a makijaż celowo rozmazany.

- Co się stało? – Spytała zaniepokojona.

- Nic – pokręciłem głową i podszedłem do niej. – Po prostu mój wynalazek wyleciał w powietrze.

- Oh kochanie – dziewczyna zmusiła mnie do spojrzenia jej w oczy. – Mogę ci jakoś pomóc?

- Nie. Jest dobrze – uśmiechnąłem się do niej, a ona odpowiedziała tym samym i pocałowała mnie. Odwzajemniłem pocałunek i objąłem ją w tali.

- Nie lepiej byłoby tu zostać? – Wymamrotałem przez pocałunek, łaskocząc ją przy tym w szyję.

- To prowokacja? – Zapytała niegrzecznym tonem, chichocząc lekko.

- Możliwe – odparłem tym samym tonem.

Ona jednak zaśmiała się cicho i odsunęła na krok.

- Nic z tego skarbie – wymruczała. – Będą nas szukać.

Wymruczałem coś pod nosem, ale przekupiony pocałunkiem, ruszyłem za nią, choć w tamtej chwili nie miałem na to ochoty.

 

 KIMMY

Impreza trwała w najlepsze już od kilku godzin.

Puszczano kawałki typu „Boom Clap”, czy nowy singiel Pitbulla „Celebrate”, ale nie brakowało również wolnych kawałków, między innymi ” You’ll be in my heart”. I to właśnie do tego utworu Jasper zaprosił mnie do tańca. Nie było to, wbrew pozorom, coś niezwykłego. Tańczyliśmy razem na każdej imprezie i stało się to niemal naszym rytuałem, któremu jak na razie nic nie przeszkadzało.

- Ślicznie dziś wyglądasz – powiedział nagle chłopak.

Niemal natychmiast poczułam, że palą mnie policzki. Jeszcze nigdy nie słyszałam od niego komplementu na temat mojego wyglądu, ale… Muszę przyznać, ze była to miła odmiana…

2.1. Nowe życie

Witam wszystkich po mojej dłuuuugiej nieobecności :D Dobra, do rzeczy, proszę was bardzo o przeczytanie wstępu!

To tak, jest moje najnowsze opowiadanie, które z pewnością będzie dość śmiałą… Kontynuacją pierwszego. I dlatego proszę was o przeczytanie notki „Bratnia dusza”. Nie od początku, ale mniej więcej od momentu pocałunku. Wprowadziłam tam dużą poprawkę, która (dzięki mojej KOCHANEJ przyjaciółce) pod koniec ma fragment dość… niecodzienny przy tym fandomie. Oczywiście niecodzienny jest w Polsce XD

I dobra, wiem, że jest krótki, ale moje prologi zazwyczaj są krótkie ;) i nic na to nie poradzę. Okey, już nie przynudzam i zapraszam do czytania!

 

 

To był ciepły niedzielny wieczór dziewiątego lipca w manhattańskim zoo stanu Nowy Jork. Na niebie zabarwionym pięknymi odcieniami fioletu pojawił się już zarys sierpu księżyca.

Jednak mimo pozornego spokoju w ogrodzie zoologicznym można było z łatwością wyczuć wzrastające z każdą minutą napięcie. Wszystko to z powodu jednej wydry, która tego dnia…

- Zamknij się Skipper! – Wrzasnęła Marlenka i przyciągnęła go bliżej z zadziwiającą siłą. To był dla niej ciężki dzień, a czułe i pocieszające słówka pingwina w tej chwili denerwowały ją jak mało, co.

- Skipper – zaczęła ostrożnie Megan siedząca naprzeciwko przyjaciółki – może lepiej wyjdź?

- Ale – dowódca zamierzał zaprotestować. Miał prawo i chciał być w tej chwili przy swojej ukochanej.

Jednak ona miała chyba odmienne zdanie na ten temat.

- Nie denerwuj mnie Skipper! – Warknęła wydra spojrzeniem miotając błyskawice. Dowódca pingwinich komandosów mruknął pod dziobem zrozumiałe tylko dla siebie słowo, zapewne nieodpowiednie dla dzieci poniżej osiemnastu (z punktu widzenia dorosłych) lat i wyszedł z jaskini wydry. Przy wejściu powitała go reszta oddziału.

- I co? – Zapytał Szeregowy patrząc podekscytowany na szefa.

- Nic – burknął szef nieco zirytowany. – Marly jest wściekła.

- Skąd ja to znam? – Spytał retorycznie uśmiechnięty Kowalski trzymając w jednym skrzydle młodą śliczną pingwinkę Ivy z brązowymi piórkami na głowie zawiązanymi w koński ogon, a drugim na ramieniu małej lemurzycy z czarnym futrem w kształcie „fraka” pingwina i takiej samej barwy kręconymi włosami.

Skipper warknął coś tylko niewyraźnie w odpowiedzi i zaczął zataczać kręgi wokół załogi.

- Szefie, wiemy, że pan się martwi, ale wszystko będzie dobrze – próbował pocieszać dowódcę najmłodszy członek zespołu.

Przyszły ojciec nie odezwa się ani słowem, za to w jego umyśle szalała wichura różnych myśli. Czy to będzie chłopiec, a może dziewczynka? Wydra, czy pingwin?  I dlaczego to wszystko trwa tak długo?!

 

* * *

 

- Co do ciężkiej cho**ry?!

Ciszę nocną przerwał donośny okrzyk, dochodzący z jaskini wydry i obudził tym samym śpiących już od godziny komandosów, dwójkę małych samiczek oraz wszystkich mieszkańców zoo.

Skipper poderwał się na równe nogi i wbiegł do domu Marlenki niemalże się przewracając. Kilka sekund za nim dotarli pozostali.

- Ale co? – Zapytał Skipper zachłystując się powietrzem, gdy zobaczył, co Meg trzyma w dłoniach, a jego zlana potem ukochana ciężko dyszy i wygląda jakby miała zaraz opuścić świat żywych. Ponownie.

- Ja… Ja nic nie rozumiem – odezwała się Megan. Reszta tylko stała i gapiła się na to z oczami jak spodki.

Szef podszedł bliżej, przełknął nerwowo ślinę i wybełkotał:

- Jajko?!

No cóż… Tak, to było najprawdziwsze jajko.

Rico, który już trzymał w skrzydłach małego misia pokręcił głową i ponownie go połknął.

Kowalski natomiast podbiegł do „potomka” Marlenki i zaczął badać je z niemal zachwyconym wyrazem twarzy.

- No Kowalski – zaczęła wydra głosem ostrym jak maczeta – powiesz mi ile czasu będę musiała je wysiadywać?! Co to ma być?! Jajko niespodzianka?!

Jej wybuch nie był bezpodstawny. W końcu poród był przerażający i niezwykle bolesny dla Marleny, a teraz już wiadomo, dlaczego…

Naukowiec już już zamierzał odpowiedzieć jednak przerwał mu dziwny odgłos skrzypienia, a może raczej kruszenia.

Wszyscy spojrzeli na jajko, które wynalazca natychmiast odłożył na niebieski koc tuż przy Marlence.

Skorupka pękła, a sekundę później dwie jej części opadły na boki.

- Tego się nie spodziewałam – szepnęła szeroko uśmiechnięta wydra i mocno uścisnęła skrzydło swojego ukochanego, który z trudem powstrzymywał łzy radości.

Stworzonko, które patrzyło zaciekawione na wszystkich obecnych nie było ani samcem ani pingwinem. To była wydra z jasnobązowo-białym futrem ułożonym dokładnie tak jak pióra jej ojca, krótkimi jak na razie jasnymi włoskami, ślicznymi niebieskimi oczętami i małym nosku w kolorze delikatnej pomarańczy. Skipper drżącymi z emocji skrzydłami podniósł ostrożnie swoją córeczkę

i przysiadł na krawędzi łóżka.

Marlenka, która była już cała zalana łzami, dotknęła delikatnie policzka małej.

- Jest prześliczna – westchnął pingwin oddając, nieco niechętnie, młodą wydrę w ramiona matki.

Pozostali w tym czasie postanowili się wycofać i dać rodzince trochę prywatności. Szeregowy oczywiście z chęcią podbiegłby do małej i uścisnął mocno, ale przeszkodził mu w tym oddziałowy psychopata.

Świeżo upieczony ojciec próbował się w tym czasie pohamować. Nie rozbeczy się przecież jak jego zastępca tydzień temu. Nie da się! Będzie walczył!

Jednak w tej samej chwili mała przerzuciła spojrzenie ze swojej mamy na tatę, uśmiechając się delikatnie i postanowienie pingwina trafił szlag. Pozwolił spłynąć tylko jednej łzie, a i tak szybko starł ją z policzka.

- Widziałam to twardzielu – powiedziała z czułością Marlenka.

Skipper spojrzał na nią z uśmiechem i pocałował lekko w policzek.

- Musisz odpocząć – szepnął.

- A mała musi coś zjeść – odpowiedziała równie cicho wydra.

Po kilku minutach ciszy przerywanej tylko delikatnym odgłosem ciamkania, oczy Marlenki rozszerzyły się gwałtownie.

- Skipper – wydusiła z siebie. – Jak to jest w ogóle możliwe?

- Co kochanie? – Zapytał nie odrywając wzroku od córeczki.

- Czy to wszystko znaczy, że cały czas miałam w środku jajko?

Szef spojrzał na nią nie wiedząc, co odpowiedzieć. Sam nie znał odpowiedzi na to pytanie.

- Nie wiem – pokręcił głową i połaskotał skrzydłem po brzuchu małą wydrę, która zaśmiała się dźwięcznie, po czym spojrzał na ukochaną. – Ale jeśli będziesz chciała to możesz zapytać o to Kowalskiego. On na pewno ucieszy się z tego bardziej niż Rico z dynamitu.

- Cóż, masz rację – westchnęła wydra i uśmiechnęła się. – Teraz tylko cieszmy się chwilą…

 

 

 

I co o tym sądzicie? :D Komentujcie!

O! I jeszcze jedno! Planuję zrobić kilka jednostrzałowców z drugą generacją, w których to będą też postacie, które nie pojawią się w głównym opowiadaniu. Pierwszego takiego one-shota planuję na Halloween :) Dobra to tyle!

Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo weny!

One shot „Unforgettable fourth July”

Taa, to jest ten stary jednostrzałowiec, ale dopiero teraz się zorientowałam, że nie wkleiłam całości ( mądra ja XD ) Ale dobra, już wstawiłam końcówkę :D

MARLENE

Czwarty lipca… Niesamowity, najważniejszy dzień w historii Stanów Zjednoczonych.

Tego dnia każda rodzina świętuje ten dzień na pikniku, festynie czy koncercie, czekając na niesamowity pokaz sztucznych ogni.

W tym czasie zoo było zamknięte, a jego mieszkańcy postanowili urządzić imprezę. Prawdę mówiąc na ten pomysł wpadł pewien lemur katta, któremu wszyscy przyklasnęli z entuzjazmem.

Oczywiście cały piknik miał odbyć się poza wybiegami, gdyż Roy i Burt mieliby problemy z przedostaniem się na wybieg lemurów, ponieważ mur tegoż habitatu jest wyż niż ich.

Stół został ustawiony, a każdy zwierz przyniósł jakąś potrawę.

Komandosi przygotowali sushi oraz rybę w pomidorach, lemury sałatkę owocową, szympansy i goryle dania z bananów, a ja desery czekoladowe.

Kiedy ustawiłam ostatni ze swoich wypieków na stole, rozejrzałam się po ogrodzie, aż mój wzrok padł na krę dla pingwinów. Tam, czwórka komandosów właśnie zakończyła swój trening i zamierzała wrócić do bazy, aby do wieczora zajmować się swoimi sprawami.

Uznałam, że to najlepszy moment by poruszyć sprawę nocnego pokazu fajerwerków. Dlatego wskoczyłam na wybieg pingwinów, a potem do jego wnętrza.

- Hej chłopaki – powiedziałam z uśmiechem unosząc łapkę na powitanie. Komandosi odwrócili się do mnie i odwzajemnili uśmiechy. – Jak przygotowania?

- Dobrze – odpowiedział Skipper – Sushi zrobione i zaraz skończymy z tą rybą.

- Świetnie. – Westchnęłam z ulgą, ale zamilkłam. Nie miałam pojęcia jak zacząć. Wiedziałam, że Skipper nie będzie zadowolony z tego pomysłu, ale warto było spróbować.

- Co się dzieje Marlenko? – Zapytał szef, podczas gdy reszta weszła do kuchni.

Pingwin zbliżył się do mnie i spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym „Wiem, że coś jest nie tak”.

On często tak na mnie patrzył. W końcu znamy się już szmat czasu.

Spuściłam wzrok, ale on zmusił mnie do spojrzenia mu w oczy, kładąc mi na policzku skrzydło i unosząc delikatnie moją głowę.

- No więc? – Uniósł jedną brew i uśmiechnął się zachęcająco.

Wzięłam głęboki wdech i wypaliłam:

- Czy mógłbyś… To znaczy razem z chłopakami… Iść ze mną na pokaz sztucznych ogni?

Przez chwilę w ogóle się nie odzywał. Odwrócił jednak wzrok, a jego uśmiech przygasł.

- Wiesz, co o tym myślę Marly – westchnął i podszedł do drzwi prowadzących do kuchni. – Przepraszam, ale nie.

Mówiąc to otworzył drzwi, a zza nich jeden po drugim pozostali komandosi runęli na ziemię. Najwyraźniej nas podsłuchiwali.

- Ale dlaczego nie szefie? – Zapytał Szeregowy wstając. Sprawił tym samym, że Kowalski, który usiłował się podnieść potknął się i wylądował na Rico.

- Bo nie – odpowiedział lider nie siląc się na dalsze tłumaczenie.

- Świetnie – powiedziałam starając się nie zdradzić emocji. – Nie wiem nawet, po co do was przyszłam. Wiadome było, że nie będziesz chciał nigdzie ze mną iść.

Odwróciłam się na pięcie i wyszłam przez wejście dla gości.

Dopiero wtedy zorientowałam się, co powiedziałam.

Super!

A jeśli on się domyśli? Nie chcę stracić jego przyjaźni. Gdyby się dowiedział, co tak naprawdę do niego czuję nic by już nie było takie samo.

 

SKIPPER

Stałem jak głupi i wpatrywałem się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą zniknęła Marlenka, kilka sekund, po czym odwróciłem się do reszty.

- Ale właściwie – zaczął Kowalski. – Dlaczego szef nie chce iść? Przecież to tylko pokaz fajerwerków.

- Właśnie – przytaknął młody energicznie. – Poza tym Marlence było przykro. To miał być jej pierwszy pokaz w Nowym Jorku.

Westchnąłem ciężko. Święto Konstytucji było dla mnie najważniejszym świętem, ale kiedy w akcję szły sztuczne ognie, miałem go dość. A moi żołnierze doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Nie chciałem sprawiać Marly przykrości, ale nie zamierzałem nigdzie iść tej nocy.

- Zajmijmy się lepiej tą rybą – zmieniłem temat, ale strateg, młody i psychopata tylko spojrzeli po sobie niepewnie i bez szemrania weszli za mną do kuchni.

 

* * *

Wieczór tego dnia był całkiem ciepły. Żadnego niezapowiedzianego deszczu, czy też ataku Hansa lub Bulgota.

Na stole, zastawionym różnymi potrawami, leżał obrus, który wyglądał jak flaga amerykańska, a w czterech kątach parkietu ustawione były płonące lampiony. Z głośników jak na razie nie płynęła żadna melodia, bo kiedy wszyscy się zbiorą odczytana zostanie konstytucja. Wszystko w porządku, ale to ja muszę ją odczytać. A jakby tego było mało początek hymnu zaśpiewam razem z Marly, dopiero potem dołączy reszta.

Wydra dotarła przedostatnia. A może ostatnia? Nie wiem. Kiedy ją zobaczyłem po prostu mną trzepnęło.

Jej futerko lśniło bardziej niż Manhattan nocą, a we włosach (to zasługa wynalazku pana K. Przez to przez cały tydzień wszystkim w szalonym tempie rosło futro lub pióra. A wszystkim to znaczy WSZYSTKIM. A przecież nosorożce, jako takie, futra nie mają. Roy wyglądał, co najmniej dziwnie. Za to ja przypominałem jakiegoś pluszaka i nie mogłem się ruszać. W końcu jednak – kiedy do akcji wkroczyła golarka – wszystko wróciło do normy. No może prawie wszystko, bo Marly postanowiła nie skracać całkowicie futra, które wyrosło jej na głowie) miała niebiesko-czerwoną opaskę. W dodatku założyła sukienkę bez ramiączek sięgającą jej do kolan. Do pasa była lśniąco czerwona, a dalej ciemnoniebieska w gwiazdy.

Jej strój nie był niezwykły, wszyscy założyli coś „patriotycznego”. Głównie czapki i szaliki, ale Ogoniasty zaszalał bardziej niż zwykle. Spodnie, koszulka, oprawki od okularów… Wyglądał jak pajac.

Kiedy tak stałem, całkowicie otumaniony, dotarł do mnie głos Kowalskiego:

- Szefie? Wszystko w porządku? – Zapytał zaniepokojony.

Potrząsnąłem głową. Co mi odbiło?

Spojrzałem na naukowca i skinąłem głową.

- Wszystko dobrze.

- No, bo – wtrącił Szeregowy – Marlenka już wchodzi na scenę…

Spanikowałem i natychmiast ponownie zwróciłem się w kierunku wydry. Faktycznie, powoli wchodziła na parkiet, który miał być tego wieczora także sceną.

- Powodzenia – szepnęli na raz moi żołnierze i lekko popchnęli mnie do przodu.

Wziąłem głęboki wdech i ruszyłem w kierunku podestu. Kiedy ustawiłem się obok Marly trzymającą w dłoniach mikrofon, wszyscy zamilkli. Nawet Julian, co było dziwnie, bo przecież on nawet nie jest rodowitym Amerykaninem.

Z głośników powoli zaczęła płynąć melodia. Marlenka zaczęła śpiewać, a chwilę później do niej dołączyłem…

 

Oh, say can you see, by the dawn’s early light,
What so proudly we hailed at the twilight’s last gleaming?
Whose broad stripes and bright stars, through the perilous fight,
O’er the ramparts we watched, were so gallantly streaming?
And the rockets’ red glare, the bombs bursting in air,
Gave proof through the night that our flag was still there.

 

Kiedy zaczął się refren wszyscy zaczęli śpiewać zgranym głosem…

 

O say, does that star-spangled banner yet wave
O’er the land of the free and the home of the brave?

On the shore, dimly seen through the mists of the deep,
Where the foe’s haughty host in dread silence reposes,
What is that which the breeze, o’er the towering steep,
As it fitfully blows, now conceals, now discloses?
Now it catches the gleam of the morning’s first beam,
In full glory reflected now shines on the stream:

R:
‚Tis the star-spangled banner! O long may it wave
O’er the land of the free and the home of the brave.

And where is that band who so vauntingly swore
That the havoc of war and the battle’s confusion
A home and a country should leave us no more?
Their blood has wiped out their foul footstep’s pollution.
No refuge could save the hireling and slave
From the terror of flight, or the gloom of the grave:

R:
And the star-spangled banner in triumph doth wave
O’er the land of the free and the home of the brave.

Oh! thus be it ever, when freemen shall stand
Between their loved home and the war’s desolation!
Blest with victory and peace, may the heaven-rescued land
Praise the Power that hath made and preserved us a nation.
Then conquer we must, when our cause it is just,
And this be our motto: „In God is our trust.”

R:
And the star-spangled banner in triumph shall wave
O’er the land of the free and the home of the brave!

 

A gdy hymn się skończył wszyscy bili sobie brawo przez dobre pół minuty.

Nie było tak źle – pomyślałem.

Czekało mnie jeszcze przemówienie, w które wkręcili mnie moi przyjaciele mówiąc, że po pierwsze – jestem komandosem, a po drugie – najwyższym stopniem.

Kiedy brawa ucichły, a Marly zeszła z parkietu uśmiechając się do mnie, zacząłem mówić. Pierwszym punktem monologu było przeczytanie fragmentu deklaracji niepodległości:

- „Uważamy za niezbite i oczywiste następujące prawdy – czytałem donośnym głosem – że wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi sobie; że Stwórca udzielił im pewnych praw niezbywalnych, w których rzędzie na pierwszym miejscu należy postawić prawo do życia, wolności i poszukiwania szczęścia (…) Przeto my, reprezentanci Zjednoczonych Państw Ameryki, ogłaszamy uroczyście w imieniu władzy dobrego ludu, iż te Zjednoczone Kolonie są i mają prawo być Państwami wolnymi i niepodległymi (…).

Deklaracja ta została wygłoszona czwartego lipca 1776 roku. Od tego czasu Stany Zjednoczone są wolnymi i niepodległymi od Korony Brytyjskiej, która we wcześniejszych latach bezprawnie zagarnęła sobie ziemie należące do naszych przodków.

Dlatego my, ród Stanów Zjednoczonych Ameryki, jesteśmy dumni z tego, kim jesteśmy i tego dnia, co roku, wspominamy tych, którzy walcząc o lepszą przyszłość i wolną ojczyznę, oddali życie… Tak, więc – sięgnąłem po jeden z kieliszków szampana stojących na stoliku obok, a reszta zrobiła to samo. – Za Amerykę!

- Za Amerykę! – Odkrzyknęła reszta i wszyscy unieśliśmy kieliszki w toaście, po czym wzięliśmy po łyku lub więcej.

Potem wszystko było już tak, jak na innych tego typu imprezach. Ogoniasty powrócił do swojego codziennego stanu i od razu włączył muzykę na całą parę. Na pierwszy ogień poszła piosenka Chris’a Brown’a „With you”. Niektórzy od razu zaczęli tańczyć, ale większość usiadła przy stole.

Piknik mijał w miłej atmosferze, ale nie uszło mojej uwadze, że Marly jest smutna. Jej oczy przygasły, zjadła tylko kawałek ryby, a deseru nawet nie tknęła. Wiedziałem, o co chodzi, a nienawidziłem, kiedy była smutna.

- Marlenko… – Zacząłem niepewnie. Wydra spojrzała na mnie pytająco swoimi złotymi oczami.

- Jeśli to dla ciebie takie ważne – uśmiechnąłem się – to pójdę z tobą dziś nad Hudson obejrzeć pokaz fajerwerków.

I, co dziwne, teraz naprawdę tego chciałem.

Oczy Marlenki rozbłysł jak światła Empire States Building, a jej uśmiech dosłownie mnie zaczarował.

- Naprawdę? – Krzyknęła niedowierzająco i rzuciła mi się na szyję.

Usłyszałem jak siedzący obok mnie, Kowalski parska białym winem, a młody chichocze cicho, ale niezbyt mnie to obeszło. Czerpałem tylko przyjemność z bliskości Marlenki.

A, co za ironia! W tej właśnie chwili puścili „Hymn to the sea” Jamesa Horner’a.

- Uwielbiam tę melodię – westchnęła rozmarzona wydra i spojrzała na mnie przekrzywiając głowę w bok…

- Ooo – już chciałem zaprotestować, ale dziewczyna zrobiła słodkie oczy, którym nigdy nie mogłem odmówić.

- No dobrze – westchnąłem i pozwoliłem się zaprowadzić na parkiet. Oprócz nas tańczyli również Megan z Kowalskim, Becky z Carlosem, Stacey z Loganem a Kendall z jakąś gazelą.

Byłem nieco zażenowany. To była ballada, a ja miałem zatańczyć z najlepszą przyjaciółką.

Chociaż – pomyślałem patrząc na jej roześmianą twarz i smukłą talię – to była naprawdę piękna przyjaciółka…

Chwyciłem jej dłoń w jedno skrzydło a drugie położyłem na jej plecach. Mieliśmy dla siebie jeszcze kilka minut, bo pokaz rozpoczyna się za dwadzieścia minut, czyli o 21:20.

Tańczyliśmy kilka minut rozmawiając i śmiejąc się. Nie pamiętam już, z czego, ale wiem, że było niesamowicie. Przy żadnej dziewczynie tego nie czułem. To było jak… Jakby walnął w ciebie piorun. Elektryzujące doznanie olśnienia.

Ale szybko zbudziłem się z tego snu, bo Julian znowu zmienił piosenkę na żywszą, a poza tym, musieliśmy już iść…

 

MARLENKA

To było niesamowite! To, że jednak zgodził się iść na ten pokaz, a potem jeszcze ten cudowny taniec.

On ma do tego dryg. Miałam wrażenie, że przy nim tańczę jeszcze lepiej.

Teraz szliśmy razem w kierunku domu handlowego Macy’s, który to właśnie organizuje największy pokaz fajerwerków w okolicach Nowego Jorku.

Przed nami szła reszta komandosów, ale trzymali się na dystans. Zauważyłam też, że co chwilę, któryś z nich DYSKRETNIE odwraca głowę w naszą stronę.

Ech, mężczyźni! No, kto ich zrozumie?

Na szczęście, na miejsce dotarliśmy o czasie. Nad Hudson zebrało się chyba dwie trzecie mieszkańców Manhattanu, ale dzięki temu nikt nie zwracał na nas uwagi.

Przysiedliśmy sobie wygodnie na małym wzgórzu, z którego mieliśmy doskonały widok na rzekę, która o tej porze była jak ciemna wstęga odbijająca światła miasta.

- Zapomniałabym – zaczęłam nagle i spojrzałam na Skippera. – Dziękuję, że zgodziłeś się zaśpiewać ze mną hymn… Sama nie dałabym rady… A teraz mam wrażenie, że mogę zrobić wszystko.

- Ja wiem, że mogę zrobić wszystko – pingwin uśmiechnął się ciepło. – Kiedy tylko jesteś przy mnie…

I w tamtej chwili, gdy na niebie wystrzelił pierwszy fajerwerk, Skipper pocałował mnie po raz pierwszy.

To był dla mnie szok, ale po chwili pozwoliłam sobie odpłynąć. Położyłam mu ręce na szyi i zamknęłam oczy.

Kiedy odwzajemniłam pocałunek miałam wrażenie, że ciemne niebo nade mną eksploduje. Pingwin przyciągnął mnie do siebie aż poczułam ciepło płynące z jego ciała i bicie jego serca.

To był najdłuższy pocałunek w moim życiu. Ale dla mnie i tak trwał o wiele za krótko.

Uśmiechnęliśmy się do siebie i spojrzeliśmy w niebo…

Siedzieliśmy tak przytuleni do końca pokazu, a ja zrozumiałam, że jeśli walczymy o naszą przyszłość to może być ona lepsza niż kiedykolwiek sobie wyobrażaliśmy.

 

 

 

 

 

 

One-shot-”Jemioła”

Taaa… Długo nie pisałam, prawda? Cóż, ale dziś mam dla Was jednostrzałowca. Szczerze, to nie jestem z niego zbytnio zadowolona, ale chciałam napisać coś w świątecznym klimacie. Nie przedłużam dalej, powiem tylko, MERRY CHRISTMAS AND HAPPY NEW YEAR!!!

 

MARLENKA
Nadeszła zima.
Mieniące się w słońcu płatki śniegu opadają dostojnie na drapacze chmur, domy, łąki i parki. Miękki biały puch otulił cały krajobraz.
Wszyscy zostają w swoich mieszkaniach, czytają książki przy kominku i piją gorącą czekoladę. Wydaje się, że spowity mrozem świat zatrzymał się
w miejscu.
Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami i całe zoo rozpoczyna przygotowania do świętowania.
Lemury mają za zadanie przygotować dekoracje. Cudowne światełka, różnokolorowe puszyste łańcuchy, sztuczne renifery, sanie, przepiękne stroiki i oczywiście duży stół okryty białym obrusem.
Muzyką zajmuje się Roger wraz z Maesonem i Kowalskim.
Szeregowy i Rico mają za zadanie zdobyć świąteczne drzewko;
Bada, Bing i Joy zgłosili się do przygotowania gier, a Burt zajmuje się świątecznym marketingiem.
Skipper w tym roku także odegra rolę Mikołaja, a ja jego pomocnicę. Już się nie mogę doczekać!

MOURICE
-Nie zawieszaj tego tam małpiatko durna jedna!-Krzyknął na mnie król Julian. Chociaż krzyknął to może złe określenie. To był raczej wrzask jak ze szczeliny prowadzącej do Piekła.
Przez to prawie spadłem z drabinki, na którą wspiąłem się, by zawiesić łańcuch na ogrodzeniu wybiegu pingwinów.
-Dlaczego Wasza Wysokość?-Spytałem przez zaciśnięte zęby i spojrzałem przez ramię na Juliana.
-Te gupie pingwiny nie zasugujom na tom pięknom jak sam krój, czyli ja, ozdobę-odrzekł katta.
Westchnąłem ciężko i przewróciłem oczami.
-Królu, jest Gwiazdka-zacząłem-każdy wybieg musi być przystrojony.
-Każdy oprócz tych śmierdzoncych nielotów-orzekł władczo.
-O królu najmądrzejszy!-Krzyknął Mort i skoczył na stopę tego pięknisia, który odkopnął go z taką siłą, że młody zniknął za horyzontem.
Pokręciłem głową z dezaprobatą i kontynuowałem wieszanie łańcucha.
-Królu-zamierzałem spróbować innej metody-jeśli jeden wybieg będzie „goły” to reszta zoo będzie uważać, że król źle wypełnił zadanie.
-Emm-wysoki lemur połknął haczyk-Słusznie Mourice. Pozwalam ci wienc udekorować habitat tych dziobatych ptaków.
-Tak myślałem-uśmiechnąłem się lekko i w duchu i na zewnątrz.

RICO
-A co myślisz o takiej pięknej sośnie?-Spytał mnie fan kucyków. Wzruszyłem ramionami, nieco znudzony.
-Rico, powiedz coś w końcu. To już chyba setne drzewko, a ty nic mi nie pomogłeś!-Fuknął Szeregowy.
Miałem ciekawsze sprawy niż wybór drzewka. Na przykład musiałem zdobyć coś wyjątkowego dla Perky. Święta już jutro, a ja nie mam pojęcia, co mógłbym jej dać.
-Może być świerk-mruknąłem i ruszyłem w kierunku miejsca gdzie widziałem ten gatunek drzewa.
-Emm… No zgoda-mały pingwinek potruchtał za mną-A jak go zetniemy?
Uśmiechnąłem się szeroko i w odpowiedzi wydobyłem ze swojego pojemnego brzucha piłę łańcuchową.
-Nie było pytania-westchnął mój mały przyjaciel i tylko zatkał sobie uszy, gdy włączyłem piłę z zamiarem zdobycia dla zoo pięknego drzewka.

SKIPPER
-Może powinienem wyjść na górę?-spytałem sam siebie, nerwowo kręcąc się po bazie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca-Lemury mogą coś rozbić lub zaplątać, a co z potrawami? Burt sobie sam nie poradzi… Chociaż dołączyły do niego pawianice i Phil.
Niepotrzebnie się denerwuję. W tym roku wszystko pójdzie gładko. Nie ma się, czym przejmować. Potem zobaczę jak im idzie.-Postanowiwszy tak zrobić, zaparzyłem sobie kawy i włączyłem telewizor.
Wszędzie albo śpiewali kolędy, albo wyświetlały się telezakupy. Przewróciłem oczami i przełączyłem na serwis informacyjny.
-Mówi dla Was Chuck Chearles z małego sklepu z świątecznymi drzewkami pana Boorna-w kadrze pojawił się domniemany sklep i jego właściciel-Jedno z najpiękniejszych drzewek zostało skradzione jednakże świadkowie twierdzą, że świerk ten poruszał się samoistnie. A oto film wykonany telefonem przez świadka-wyświetlił się amatorski filmik, na którym ukazane było samo-przemieszczające się drzewko. Nagle zobaczyłem znajomy dziób. Rico… Czyli to ich sprawka.
Uśmiechnąłem się i nabrałem do dzioba łyk gorącego napoju.
-Skipper!-rozległ się nagle głos Marlenki. Obróciłem się i pożałowałem, że nie przełknąłem wcześniej tej kawy. Wypadłbym mniej odpychająco niż teraz, gdy parsknąłem małą czarną na ziemię.
-Hmm… A ja chciałam tylko spytać czy ten wygląd pasuje do roli Śnieżynki-wydra spojrzała na mnie z iskierkami rozbawienia w oczach.
-P-pasuje-udało mi się wykrztusić. Powodem mojego zmieszania było to, że Marlenka pofarbowała sobie futerko na biało i założyła puszyste srebrne getry na nogi i ręce.
Dlaczego ta dziewczyna musi mi to robić?! Nie dość, że od jakiegoś czasu się przy niej nie odzywam, bo gdy tylko to robię plotę jakieś dziwne bzdury.
Nie dość, że przez nią nie mogę się skupić na treningach.
Nie dość, że śni mi się po nocach…
To jeszcze farbuje się na biało przypominając mi o tym żałosnym epizodzie z „Arleną”!!!
-Świetnie! Potrzebowałam czyjejś opinii, a wszyscy byli zajęci, więc pomyślałam, że ty mnie ocenisz.-Problem w tym, że ona widzi we mnie tylko przyjaciela-O! Zapomniałabym! Rico i Szeregowy wrócili. Zaraz idziemy ubierać choinkę.
-Zaraz przyjdę-powiedziałem niemrawo, bo w głowie mi się kręciło od jej niezwykłego zapachu.
-Spoko. Do zobaczenia!-Posłała mi uśmiech i wybiegła na zewnątrz.
Otarłem dziób z resztek kawy i odstawiłem z brzdękiem kubek.
Muszę wziąć się w skrzydło. Nie powinienem myśleć o takich rzeczach.
Wychyliłem głowę przez właz, a na zewnątrz czekała mnie miła niespodzianka. Wszystko było perfekcyjnie ozdobione, w powietrzu unosił się smakowity zapach ciasta, karpia i bakalii, a także z drugiego końca zoo rozbrzmiewała świąteczna piosenka. Do tego, po środku placówki goryle ustawiły piękne drzewko.
Hmm… Nie potrzebnie się martwiłem.

MARLENE
W tym roku postanowiliśmy ubrać choinkę w bardziej „eleganckie” kolory. Srebro, granat i ciemny fiolet. Jedynie gwiazda na czubku pozostała złota.
Wieszałam właśnie małą bombkę, gdy nagle do moich uszu dobiegło… Tykanie. Co do jasnej…?
-O! Spójrzcie!-Głos Szeregowego wyrwał mnie z rozmyślań. Podniosłam wzrok znad ozdoby i zorientowałam się, że wszystkie zwierzęta patrzą w moją stronę.
-Co?-Spytałam nic nie rozumiejąc. Kowalski, prawie dusząc się ze śmiechu, wskazał coś skrzydłem nad moją głową. Zerknęłam w górę, a tam, na gałęzi wisiało kilka gałązek jemioły. Otworzyłam szeroko oczy, bo obok mnie stał przywódca drużyny pingwinów. Nie mogłam opanować nasuwającego się na moje policzki uderzenia gorąca.
-No co jest?-Obruszył się fan kucyków-Zignorujecie tradycję?
Przez to zrobiłam się bardziej czerwona, ale nie miałam tyle siły, żeby odwrócić uwagę od ciemnoniebieskich jak ocean arktyczny, oczu.
Zatracałam się w nich, czując, że cały świat wokół nas rozmazuje się tak, że nie mogłam dostrzec wyraźnych kształtów.
Skipper uśmiechnął się do mnie z niezwykłym błyskiem w oczach.
Zbliżył się jeszcze bliżej i nachylił nade mną.
Byłam w tym momencie cała w skowronkach… I sekundę później, pocałował mnie.
Na początku myślałam, że będzie to trochę niewygodne. Wiecie, on ma dziób, ja usta… Ale TO było miłe zaskoczenie.
To było wręcz idealne. Jak spotkanie drugiej połówki.
I słodkie jak miód. A może nawet lepsze.
Z tego snu wybudziło mnie głośne „Awwww!” i dopiero wtedy odsunęliśmy się od siebie.
Jednak magię tej chwili przerwało głośniejsze teraz tykanie.
-Marlenko… Ja…-Zaczął pingwin.
-Ciii!-Uciszyłam go. Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni i zaczęli szeptać między sobą.
-Wszyscy bądźcie cicho!-Krzyknęłam głośniej.
Zapadło milczenie, a tykanie teraz stało się słyszalne dla wszystkich.
-Bomba!-Krzyknęli jak jeden mąż komandosi.
Poczułam jeszcze tylko jak Skipper zasłania mnie sobą, po chwili do tyłu odepchnęła mnie siła wybuchu, a potem zapadłam się w ciemność…

SKIPPER
Ciemność, pustka, unosiłem się w nicości…
A potem nagły wybuch światła, przerażający ból i okropna świadomość tego, co się stało.
Otworzyłem oczy i kilka razy zamrugałem. Pierwsze, co zobaczyłem to nieprzytomna Marlenka, leżąca obok mnie. Miała paskudne rany na grzbiecie, a jej futerko było splamione krwią. Uniosłem się ze stęknięciem i delikatnie dotknąłem jednej rany.
Krew skrzepła… Ile my tu byliśmy?
Rozejrzałem się po tym miejscu. Nikogo poza nami nie było… Ale zaraz… Czy to nie…?
-Witam Skipper-rozległ się przesiąknięty jadem głos Bulgota.
Obróciłem się do niego, a rany na moich plecach otworzyły się i zapłonęły żywym ogniem.
-Wiesz ile czasu próbowałem was ocudzić?-Zaśmiał się się-Pięć długich dni. Myślałem, że padniecie zanim zacznie się zabawa, ale na szczęście, chociaż ty się obudziłeś.
-Skipper…-Usłyszałem nagle szept Marlenki. Odwróciłem się ponownie i uklęknąłem przy niej.
-Jestem tu-powiedziałem cicho.
-Oj przestań, bo jeszcze się rozpłaczę-syknął delfin.
Spojrzałem na niego i warknąłem:
-Wypuść ją! To o mnie ci chodzi!
-Och oczywiście, ale ja uwielbiam patrzeć jak cierpisz. Dam ci drobną radę. Zanim po raz kolejny kogoś pocałujesz, uważaj na to, czy ktoś was nie obserwuje.
Poczułem ciepło ciała mojej wydry przy swoim.
-Czego ty chcesz? I gdzie są moi ludzie?-Krzyknąłem.
-Oni? Ach, ich siła uderzenia posłała tak daleko, że nie było sensu ich szukać. Pewnie już nie żyją-zarechotał złowieszczo-A odpowiadając na pierwsze pytanie, walka z wrogiem jest dla ciebie niczym, prawda? A jak poradziłbyś sobie gdybyś miał walczyć z kimś, kogo kochasz?
Spojrzałem na niego zdziwiony, a potem skierowałem wzrok na Marlenkę.
-Musisz wiedzieć, że gdy sobie spaliście, wszczepiłem jej mały chip sterujący-Bulgot mówił coś dalej, ale ja obserwowałem jak jej ciepłe oczy stają się puste i bezdenne, a postawa sztywna i nienormalnie wyprostowana.
-Zabij go!-Krzyknął delfin i ulotnił się krzycząc jeszcze-”Wielka miłość! Wielka siła!”
Moja kochana wydra natomiast skoczyła na mnie. Co mogłem zrobić? Jedynie blokowałem jej szybko padające ciosy, starając się równocześnie nie ranić dziewczyny.
Ona miała jednak coś, czego ja nie. Pazury. Ledwo mrugnąłem, a poczułem ostry ból na brzuchu i nieprzyjemne ciepło w tym miejscu.
-Marlenko! Błagam! To ja!-Krzyknąłem do niej, ale ona tak jakby mnie nie słyszała i w odpowiedzi podcięła mi ogonem nogi, tak, że uderzyłem boleśnie o beton.
-Marlenko!-Spróbowałem jeszcze raz-Wtedy w ścieku! Albo jak pokonaliśmy, głównie dzięki tobie, X’a?! Pamiętasz?!
Nic. Zero efektów.
-Kocham cię! Słyszysz?!-Wrzasnąłem tak głośno, że można by pomyśleć, że to trzęsienie ziemi. Dziewczyna drgnęła i zatrzymała się na chwilę, ale zaraz ponownie zaatakowała. Nie zdążyłem dobrze się osłonić, a już leżałem na ziemi przygnieciony przez moją Marlenkę. Pozostała jeszcze jedna próba…
Złapałem ją mocno, tak żeby się nie ruszała i mogła na mnie spojrzeć.
Wyrywała się, broniła jak lwica, ale byłem od niej silniejszy.
Zarobiłem jeszcze kilka kopniaków i w końcu dosięgłem jej ust.
Było tak wspaniale jak po raz pierwszy. Marlenka na dłuższą chwilę napięła wszystkie mięśnie i próbowała się odsunąć, ale w końcu powoli odprężyła się i założyła mi ręce na szyję.
Po mniej więcej pięciu sekundach na ziemię spadło małe migające urządzonko. Roztrzaskałem je szybko i odsunąłem stopą, nadal trzymając dziewczynę w objęciach.
-Nie! Powiedziałem zabij!!! Nie pocałuj!!!- Wrzasnął delfin, ale nigdzie nie było go widać.
-Skipper-Marlenka otworzyła oczy, które były już takie same jak wcześniej. Lśniące, ale przepełnione smutkiem-co ja zrobiłam!
-Nie przejmuj się-uśmiechnąłem się do niej-To nie twoja wina. Teraz musimy się stąd wydostać-szepnąłem.
Rozejrzałem się po kryjówce doktora. Wejściem do niej był tunel wydrążony w skale, wypełniony granatową wodą. Na prawo od nas stało ogromne kino domowe, a na lewo, panel sterujący. Kilka metrów dalej zauważyłem metalowe potężne drzwi.
-Tam-chwyciłem Marlene za rękę i pociągnąłem ją w tamtym kierunku.
Pchnąłem drzwi, a oczom moim i Marlenki ukazał się długi korytarz, z tak słabym oświetleniem, że można by go uznać za taki jak z historii o szpitalach dla chorych psychicznie.
Biegliśmy nie wiadomo ile, nie natykając się na żadne drzwi, aż odezwała się moja wydra.
-Nie to, że mam coś przeciwko, ale powiedz. Czemu Bulgot nie wysłał za nami pościgu?
Zdziwiony spojrzałem przez ramię. Faktycznie, nikt nas nie gonił.
-Nie wiem-odpowiedziałem szczerze.
I wtedy zobaczyłem drzwi. Skręciłem gwałtownie i otworzyłem drzwi.
-Nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł-stwierdziła dziewczyna.
Miała rację. Bo pomieszczenie, w którym teraz byliśmy wyglądało jak sala tortur.
Od kamiennych, w których tkwiły stalowe kajdany, ścian bił nieprzyjemny chłód.
Po środku stał metalowy stół na około sto metrów długości. I mimo to, przedmioty leżące na nim ledwo się mieściły. Były to strzykawki różnej wielkości
z zielonymi lub czerwonymi substancjami w środku.
Były tam też bicze, długie drewniane kije z ćwierkami, skórzane rzemienie, zakończone żelaznymi kolcami, gwoździe i jeden młotek.
Na podłodze zauważyłem dużą kałużę z krwi, a gdy obróciłem głowę ujrzałem przerażający widok. Na podłodze leżał jakiś człowiek. Mężczyzna.
Jego plecy przypominały rozorane pole, kość wystawała mu z lewej nogi. Oczy były jedynie białkami bez tęczówek, a z otwartych do granic możliwości ust spływała ciemna ciecz.
-O Boże-szepnęła Marlenka. Objąłem ją i odwróciłem w drugą stronę.
-Choćmy stąd-powiedziałem i wyprowadziłem ją z pomieszczenia.-Nikogo nie ma.
Biegliśmy dalej tym niekończącym się korytarzem aż w końcu wypadliśmy na zewnątrz. Prosto na zaśnieżony odkryte pole.
Nagle poczułem się dość dziwnie. Krew zaszumiała mi w uszach, w głowie mi zawirowało i dostałem wrażenia, że moje powieki ważą kilka ton.
-Tym razem się nie udało-usłyszałem śmiech Bulgota, potem po raz kolejny od kilku dni rozległ się wybuch.
Zamknąłem oczy i pozwoliłem, by ciemność przyniosła mi ulgę…

* * *

-Jakaś poprawa ciemności wyłonił się czyjś głos. Szeregowy?
-Niestety. Szef nadal nie daje żadnych znaków. Jego czynności życiowe działają sprawnie, ale na śpiączkę nie można nic poradzić.
Kowalski! Oni żyją!
-Cześć chłopcy-ten głos rozpoznałbym zawsze i wszędzie. Marlenka…
-Witaj Marlenko-powiedział naukowiec-Przypomniałaś coś sobie?
-Nic. Ostatnie, co pamiętam to dzień przed świętami. Potem… Czarna dziura.
Nie pamięta? Pocałunku też? Dlaczego mnie nie słyszą?!
Krzyczę do was! Odpowiedzcie!
-Jak myślisz? Wyjdzie z tego?-Spytała.
-Nie mam pewności.
Ja żyję!!! Jestem z wami! Ta przeklęta ciemność! Idź do Diabła!
I właśnie wtedy wyrwałem się z niej. A wrażenie było przytłaczające. Nagle znowu mogłem widzieć, czuć… Choć rany bolały jak diabli.
-Zaraz! Poruszył się!-Krzyknął Szeregowy-Szefie?!
Uniosłem lekko powieki i napotkałem wzrok Marlenki. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała:
-Witamy z powrotem kapitanie.

* * *

Przez kolejny tydzień byłem zupełnie unieruchomiony. Teraz, miesiąc po wszystkim, zaczynałem powoli odzyskiwać siły. Nadal jednak nie wróciłem do formy, więc nie brałem udziału w treningach. Trochę tęskniłem za wysiłkiem fizycznym, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę nadwyrężać mięśni.
Jeśli chodzi o Marlenkę… Zdałem sobie sprawę, że lepiej nie mówić jej o tym, co się między nami wydarzyło.
Nie zrozumcie mnie źle. Nadal ją kocham, co do tego jestem pewien.
Jednak nie mogę narażać jej na niebezpieczeństwo. Ona zasługuje na kogoś, kto mógłby być przy niej cały czas, kto może jej wszystko powiedzieć i z kim będzie czuła się bezpiecznie…
Ja z chęcią byłbym na każde jej zawołanie, ale nie mogę tego pogodzić z pracą żołnierza.
Może kiedyś jej powiem. Ale jeszcze nie teraz.
Mogę widzieć ją każdego dnia, czuć pierwszy pocałunek na swoim dziobie, widzieć jej uśmiech, cudowne oczy i piękne, niemal, że złote futerko.
Na razie musi mi to wystarczyć. Na razie…
Bo jak ktoś kiedyś powiedział,
„Miłość jest luksusem, na który możesz sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy twoi wrogowie zostaną wyeliminowani”-Empire

 

 

14. Bratnia dusza

MARLENKA

-Megan! Gdzie jesteś?!-wydarłam się na całe gardło przeszukując wzrokiem wybieg lemurów. Gdzie ona się podziała?

Zrezygnowana podeszłam do tronu, na którym siedział Julek.

-Widziałeś może Meg?-spytałam. Zeskoczył na ziemię i uśmiechnął się aż nogi się pode mną ugięły.

-Nie, dzisiaj nie.-odparł i objął mnie ramieniem-Ale może przejdziemy siem po mym królestwie?

-Pewnie.-wymruczałam trzepocząc rzęsami. Megan znajdę potem…

SKIPPER

-Dalej nie rozumiem, po co chcemy zgasić tak piękne uczucie? Nie wystarczyłoby tylko odebrać ten medalion?-spytał oburzony Szeregowy. Westchnąłem i spojrzałem na młodego dobitnie.

-To nie jest prawdziwe uczucie Szeregowy!-krzyknąłem na niego. No, kto, jak kto, ale Szeregowy zna się na uczuciach.

-Operację: zakazana miłość rozpoczynamy oficjalnie za kilka godzin. Megan przygotowała to, o czym mówiłem?-spytałem.

-Tak.-potwierdził naukowiec.

Świetnie! Chociaż zależy jak na to patrzeć. Czuję się skompromitowany przed całą drużyną! Jednak nie ma innego wyjść. Ale dlaczego ja?! Równie dobrze mógłby to zrobić któryś z nich. Lecz, gdy o tym wspomniałem Kowalski powiedział tylko:

-Ja mam dziewczynę, Rico poniekąd też, a Szeregowy za mały. Poza tym to właśnie pan jest tym, który…

-Dobra! Rozumiem.-przerwałem mu, nie chcąc żeby powtórzył to samo, co wczoraj. Nie chciałem w to wierzyć, ale wszystko przemawiało przeciwko mnie…

 

KONNI

To był cudowny spacer Julianku!-powiedziałam uroczo się uśmiechając.

-Każdy spacer z królem Julianem jest cudowny.-orzekł. Z pewnością miał rację.

Przeszliśmy całe zoo i ani śladu Megan! Przez to nie mogłam się cieszyć z towarzystwa cudownego faceta! Przecież Meg to moja najlepsza przyjaciółka, a wygląda na to, że zaginęła. Dlatego szybko pożegnałam się z Julkiem i pognałam do bazy.

-Widzieliście dziś może Meg?-spytałam. Chłopcy spojrzeli po sobie z pewnym niepokojem.

-No, widzieliście czy nie?!-już prawie krzyczałam. Zaczynałam się poważnie niepokoić.

-Em… Powiedziała, że… Idzie do parku.-bąknął po jakimś czasie Kowalski. Poczułam ulgę, ale jednocześnie byłam wściekła. Tak się o nią martwiłam! I nie przestałam. Naukowiec nie zabrzmiał dość przekonująco. Dlatego uniosłam brwi i położyłam dłonie na biodrach.

-Na pewno?-spytałam podejrzliwie. Chłopcy przełknęli nerwowo ślinę.

-T-tak.-duknął Skipper. Taaa, na pewno.

-W takim razie idę się z nią spotkać.-mruknęłam i ruszyłam do wyjścia.

-Nie!!!-wrzasnęli wszyscy razem. Spojrzałam na nich przez ramię.

-A to niby, czemu?-spytałam. To już było śmieszne! O co im chodzi?!

-Bo… Bo ten… Teraz mamy trening! Już! Na górę!-krzyknął Skipper. Rany! Oni ostatnio zachowują się idiotycznie! To znaczy bardziej niż zwykle.

Ale nic nie powiedziałam tylko wyszłam na to coś, co ma przypominać krę. Chłopcy po chwili do mnie dołączyli i zaczęliśmy trening. Który, tak szczerze powiedziawszy, był mocno sztuczny i naciągany. Komandosi posyłali w moim kierunku zaniepokojone spojrzenia, co sprawiło, że serię stu pompek zrobiłam szybciej od nich wszystkich razem wziętych. A nie czułam się najlepiej. Co godzinę jest ze mną coraz gorzej, a jakby to nie wystarczyło to jeszcze ci błaźni odstawiają tu jakąś szopkę! Cudowny dzień! O! Super! Jeszcze zaczyna padać! P. I. Ę. K. N. I. E.!!!

 

SKIPPER

To jest żałosne! Nawet nie wiem, czemu musimy odgrywać ten teatrzyk?! Nie lepiej by było zrobić to wszystko od razu?!

Widocznie nie.

W dodatku musiałem zarządzić dodatkowy trening w deszczu, ale nie mogłem wymyślić nic lepszego.

Nagle na imitację kry wskoczyła Megan z reklamówkami. Zobaczywszy Marlenkę szybko schowała je za plecami i stanęła tuż obok Kowalskiego.

- Megan! Gdzie byłaś? – Chciała wiedzieć Konni.

- Emm… W mieście – zawahała się lemurzyca. O nie!

- Chłopcy mówili, że w parku – odparła gorzko tamta. Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem. Zaraz się wyda!

- No, bo… Na początku właśnie to planowałam, ale zmieniłam zdanie – wymyśliła na poczekaniu Meg. Moja kadetka spojrzała na nas spode grzywki.”Serio?”

- Mogę ją na trochę porwać? – Przyjaciółka pingwinki zwróciła się do mnie. Kiwnąłem głową. Faza druga…

- Ale… – Zaczęła Konni. Jednak Megan wzięła ją pod ramię i zaciągnęła na wybieg lemurów…

 

KONNI

- Dobra! O co chodzi?! Wszyscy zachowujecie się idiotycznie! – Krzyknęłam na Meg.

-Chciałam po prostu wynagrodzić tobie i Julkowi tą waszą randkę, którą zepsułam.-powiedziała. Spojrzałam na nią nieufnie.

-Od kiedy nam kibicujesz?-spytałam-Ostatnio przeszkodziłaś nam w pocałunku i wytknęłaś, że Julciuś nie jest dla mnie.

-Jeśli będziesz z nim szczęśliwa to nie mam nic przeciwko. A teraz ci pomogę. Już poinformowałam Juliana, że macie się dziś spotkać. W parku.-wzruszyła ramionami i wyciągnęła kosmetyczkę.

I zaczęło się. Lemurka zaczęła mi nakładać na twarz makijaż. Czułam łaskotanie, gdy nasypała czegoś na moje policzki. Gdy skończyła zabrała się za fryzurę. Rozczesała mi delikatnie włosy, wzięła kilka kosmyków i spięła je z tyłu. Podała mi lusterko uśmiechając się z dumą.

-Megan! Jak ty to zrobiłaś?-szepnęłam zachwycona. We włosach i na policzkach miałam brokat. Powieki były czarno-srebrne, przez co oczy wydawały się większe. -To jeden z moich wielu talentów.-zaśmiała się.-Podoba ci się?

-Żartujesz? Jest cudownie!-objęłam ją-Dziękuję za pomoc.

-Ale to nie koniec dziewczyno!-odparła tajemniczo.

-Co masz na myśli?-chciałam wiedzieć.

-Teraz najważniejsze! Ubranie, a potem Cudowna Chwila z Miłością Twojego Życia!

 

SKIPPER

-Czy to wszystko naprawdę jest konieczne?-zapytałem z irytacją.

-Tak.-odparł bez precedensów Kowalski.

-Cudnie!-stwierdziłem ironicznie. Nie wiedziałem, że żeby odzyskać naszyjnik i rozum Marlenki potrzebne są TAKIE rzeczy. Pytam się! Po co mi muszka?! To nie ja mam randkę!

-Ile jeszcze?-spytał niecierpliwie Szeregowy. On uwielbia przedstawienia, a to, co się miało dzisiaj wydarzyć to istna komedia połączona z melodramatem! Plus moja kompromitacja. Chłopcy nie mogliby tego przegapić, oczywiście.

-Kowalski, przypomnijcie plan działania!-rozkazałem.

-Faza pierwsza….

-Przejdź do trzeciej!-przerwałem mu szybko. Miałem już dosyć! Mimo, że moja rola zaczyna się dopiero później. Czułem się speszony. No, bo… To w końcu pocałunek.

-Dobrze. W takim razie najpierw ustawiamy randkę Konni i Juliana, następnie czekamy na odpowiedni moment tuż przed ich pocałunkiem, gdy zamkną oczy. Potem my odpychamy lemura, szybko go kneblujemy i odbieramy medalion, a pan w tym samym czasie…-naukowiec przerwał i zachichotał cicho. Rico nie mógł się powstrzymać i zaśmiał się, wydając przy tym z siebie odgłos cmokania.

Spiorunowałem ich wzrokiem czując że się rumienię.

-Rico!-wrzasnąłem widząc jak pingwin tarza się po ziemi ze śmiechu.

-Ale szef nie wygląda na niezadowolonego z powodu tego planu.-zauważył Szeregowy.

-Wręcz przeciwnie. Ciekawe dlaczego?-dodał swoje Kowalski.

-Niech szef nie zaprzecza. Bardzo się panu podoba.-mówił młody.

-A nawet coś więcej.-zaśmiał się najwyższy. Rico ogarnął się i przytakiwał tylko pozostałym.

-O czym wy mówicie?!-krzyknąłem rozpaczliwie-Jesteśmy tylko przyjaciółmi!

Oni tylko wybuchli jeszcze głośniejszym śmiechem.

-Zaprzecza szef! To najlepszy dowód!-rechotał fan jednorożców.

Zaczynałem się stresować, a ci robią sobie ze mnie żarty. Szczyt wszystkiego!

-Idziemy?-spytałem. Nie zareagowali, więc dałem każdemu z nich po plaskaczu.

-Co to za żarty z przełożonego?-zdenerwowałem się.

Uspokoili się trochę, ale nadal chichotali. Jak grupka nastolatek.

-Idziemy?-powtórzyłem.

-Ktoś się tu niecierpliwi.-powiedział Kowalski, a potem ponownie wybuchli śmiechem. Uderzyłem się z rozpaczą w czoło, ale zignorowałem ich i wyskoczyłem na zewnątrz. Alice, która właśnie szła w kierunku bramy głównej spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Jednak wzruszyła ramionami i mruknęła: Zwierzęta…

Ruszyłem w kierunku Central Parku. Po chwili dołączyli do mnie chłopcy. Szybko znaleźliśmy Marlenkę i Ogoniastego. Schowaliśmy się za krzakiem. Wychyliłem się trochę by mieć lepszy widok. Byli tam. Jak para zakochanych. Nawet Księżyc robił sobie ze mnie żarty i był w pełni. Do tego jeszcze świeczki i… Ostrygi ułożone tak, by razem tworzyły imię dziewczyny! Jej wymarzona randka! Z tą szumowiną! Jednak przyznam że lemurzyca odwaliła kawał dobrej roboty!

-Nareszcie jesteście!-niewiadomo skąd, wyskoczyła Megan-Jeszcze chwila!

Faktycznie! Zaczęli się ku sobie pochylać. Wyszliśmy cichaczem zza liści. Jednak, gdy tylko zrobiliśmy krok w przód, głowa dziewczyny powędrowała w bok, a moje oczy utonęły w jej spojrzeniu…

 

KONNI

Usłyszałam jakiś cichy dźwięk i spojrzałam w bok.

Prosto w jego ciemnoniebieskie oczy.

I wtedy wszystko wróciło.

Te ciepło, które czułam, gdy mnie przytulił, wtedy, w Los Angeles.

Jak mówił, że zawsze będzie przy mnie.

Jak się martwił, gdy zginęłam.

Jak opowiedział mi o najgorszym okresie swojego życia.

Jak bronił mnie przed obelgą Alex.

Chwile, które spędziliśmy razem…

Chwile, których nie może przysłonić żaden urok miłosny…

Chwile, które na zawsze pozostaną w moim sercu.

To wszystko wróciło. Byłam zakochana. Alenie w Julianie. W Skipperze.

Ocknęłam się i ponownie spojrzałam na Juliana. Nie marnując ani chwili zerwałam z jego szyi medalion.

-Co ty wyrabiasz?!-obruszył się lemur.

-Sorki złotko, ale chyba do siebie nie pasujemy.-oznajmiłam i założyłam naszyjnik. Natychmiast poczułam się lepiej. Mdłości i ból głowy ustąpiły całkowicie, a znowu byłam pełna sił!

Odsunęłam się od zrospaczonego „Julciusia” i ruszyłam w kierunku Skippera oraz, jak się okazało, całego oddziału wraz z Megan. Obserwowali mnie w szoku. Ta nasza „randka” z boku wyglądała pewnie dość dziwacznie.

-Już z tobą dobrze?-spytała moja przyjaciółka. Zaśmiałam się cicho.

-Zapewniam cię, że czar przestał działać.

-Wspaniale!-wtrącił Szeregowy-I widzi szef?! Nawet nie musiał jej pan…

Ale pingwinkowi nie było dane skończyć zdania, ponieważ został odcięty przez skrzydło Skippera i jego miażdżący wzrok.

-O co mu chodziło?-spytałam zaciekawiona.

Wszyscy zaczęli nerwowo gwizdać, a szef zrobił się czerwony jak dojrzały pomidor. -To… Nic ważnego.-wybulgotał wreszcie. Jak zwykle! Najpierw coś…

-Przepraszam! Król domaga siem wyjaśnień?!-krzyknął z tyłu Julian i już po chwili stał obok mnie. Odruchowo przysłoniłam dłonią kamień.

-To co mówiłam Julian. Ja. Cię. Nie. Kocham!-powiedziałam to bardzo wolno, żeby na pewno zrozumiał.

-Tak siem króla nie traktuje!-oznajmił lemur i chwycił za łańcuszek. O nie! Ja mu dam!

Wyszarpałam medalion z jego łap, kopnęłam go w brzuch, a potem w… Hmm… Splot słoneczny.

„Król” pisnął cienko i padł na ziemię, zwijając się z bólu.

-I nie warz się do mnie zbliżać!-syknęłam ostrzegawczo i odwróciłam się spowrotem do moich przyjaciół. Patrzyli na mnie rozbawieni. Po chwili wszyscy wybuchli śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać i dołączyłam do nich.

-Dobra… Hihi… Możemy… Uch… Wracać do domu?-spytałam ocierając z kącików oczu łzy śmiechu.

-Jasne.-powiedział Skipper. Po chwili wraz z Megan byliśmy w bazie.

-Przepraszam.-szepnęłam na ucho do lemurki-Za to, że zachowywałam się jak idiotka.

-Daj spokój-machnęła ręką-Nie twoja wina, że Julian użył twojego medalionu przeciw tobie. Głupio to brzmi, ale wiesz o co mi chodzi.

-Taaa… Nie mogę uwierzyć, że chciałam go pocałować! Na samą myśl o tym robi mi się słabo!-przeszedł mnie dreszcz.

-Właśnie! A jak odzyskałaś rozum?-zapytała.

Rozejrzałam się nerwowo, ale nikt nie słuchał.

-Chwilę przed pocałunkiem obróciłam głowę i spojrzałam na…

-Skippera!-wykrzyknęła uśmiechnięta. Chłopcy odwrócili się do nas zdziwieni. Zaśmiałam się nerwowo, złapałam dziewczynę za ramię i zaciągnęłam do swojego pokoju.

-Meg!-warknęłam siadając z założonymi rękami na łóżku.

-Sorki.-szepnęła-Ale to takie romantyczne!

Westchnęłam. Jednak nie mogłam powstrzymać uśmieszku.

-Teraz ja mam pytanie. O czym mówił Szeregowy?-zmrużyłam oczy obserwując ją badawczo. Zmieszała się.

-Kowalski znalazł sposób żeby ci pomóc.-powiedziała po minucie milczenia.-To pocałunek prawdziwej miłości. Ale to jest tak oklepane, że powinniśmy od razu na to wpaść!

-Zaraz! I Skipper zgodził się na to?! Tak po prostu?!-krzyknęłam zdumiona, ale podekscytowana-Ale powiedziałaś, że prawdziwej miłości?!

-Mhm.-potwierdziła-Ciekawe skąd wiedział?

-Tak. Ciekawe…-mruknęłam zamyślona. Czy to możliwe?

 

SKIPPER

-No i wszystko dobrze się skończyło.-powiedziałem zadowolony. Szeregowy spojrzał na mnie uważnie.

-I na pewno szef nie żałuje, że nie mógł jej pan…

-Sza! I ani słowa więcej w tym temacie!-przerwałem zdenerwowany. Chociaż w głębi serca faktycznie żałowałem. A może to niestrawność? Nie! To jednak żal!

Wtem z pokoju Marlenki wyszły dziewczyny. Gdy tylko Megan poszła do domu, oznajmiłem:

-Dziś trening odwołany. Macie czas wolny.

To oczywiście równało się z wybuchem ogólnego szczęścia. Rico postanowił wybrać się na spacer z Perky, Szeregowy usadowił się przed telewizorem z zamiarem obejrzenia Dr. Phila, a Kowalski w zamyśleniu zamknął się w swym sanktuarium. Pomiędzy mną, a Konni zapadła nerwowa cisza.

-Może… Spatrolujemy zoo?-spytałem lekko onieśmielony. Dziewczyna pokiwała głową i razem wyszliśmy na zewnątrz…

 

KONNI

Ominęliśmy wybieg lemurów szerokim łukiem i ruszyliśmy dalej.

Nie rozmawialiśmy wcale, a ja starałam się na niego nie patrzeć.

Ciągle uśmiechałam się głupio na myśl o informacji danej mi przez Meg. Naprawdę chciał mnie pocałować? Postanowiłam z nim szczerze porozmawiać.

-Dziękuję.-powiedziałam. Moje słowa w milczącym ogrodzie zdawały się dziwnie głośne.

-Za co?-nie wiedział o co mi chodzi.

-Za to, że staraliście się mi pomóc.-przełknęłam gulę w gardle-Megan mi powiedziała.

Zesztywniał i spojrzał na mnie niepewnie.

-Już wiesz? Nie mieliśmy innego wyjścia, chociaż tak w ogóle to nie musieliśmy nic zrobić. Samo przeszło.-starał się zejść z tematu. Co mu chodziło po głowie? Ale nie poddałam się tak łatwo.

-Naprawdę CHCIAŁEŚ, czy MUSIAŁEŚ mnie pocałować?-spytałam szybko i poczułam jak palą mi się policzki.

Zszokowany pingwin stanął naprzeciw mnie. Zmusiłam się by spojrzeć mu w oczy. Stałam i czekałam na odpowiedź.

Skipper przysunął się bliżej, tak że przekroczyć dzielącą nas przestrzeń było bardzo łatwo. Jego eleganckie pióra lśniły pięknie i kusiły, żeby się do niego przytulić.

Wziął głęboki oddech i powiedział:

-Chciałem.

Uśmiechnęłam się szeroko. Serce mi się rozpędziło. Postanowiłam zaryzykować.

-Chciałeś…-szepnęłam-Teraz też?

Zamiast odpowiedzieć objął mnie w tali i pocałował. Przyciągnęłam go za szyję bliżej siebie i rozmarzona przymknęłam powieki. Topiłam się w jego ramionach. Było idealnie. Teraz już wiedziałam, co miała na myśli Meg, gdy powiedziała, że czeka mnie cudowna chwila z miłością mojego życia…

Zachciało mi się śmiać. Nigdy jeszcze nie widziałam żeby był taki delikatny i czuły. To było nawet lepsze niż się spodziewałam.

Jednak nagle poczułam dziwne ciepło w środku. Nie od miłości, ale najprawdziwsze gorąco. Natychmiast odsunęłam się od pingwina, który spojrzał na mnie zdziwiony.

- Ja… – Już zaczynałam się tłumaczyć, ale ciepło stało się nie do wytrzymania i upadłam na ziemię.

- Marlenka! – Krzyknął Skipper przerażonym głosem. – Co się dzieje?

Chciałam mu odkrzyknąć, że nie wiem, ale ból mi na to nie pozwolił. Nagle ogień stał się jeszcze potężniejszy, choć myślałam, że bardziej to już nie możliwe. Miałam wrażenie rozrywanego ciała i teraz marzyłam już tylko o śmierci. Wiedziałam jednak, że te marzenia były płonne. Zacisnęłam powieki żeby w jakiś sposób ukoić swój ból, przez który nie przebijał się nawet głos Skippera.

Nagle poczułam jak ogarnia mnie ciemność. Przyjęłam ją z zadziwiającą ochotą…

Ocknęłam się następnego dnia, na najniższej pryczy w bazie. Wszystkie części ciała bolały i paliły jak nie wiem co, ale w porównani z nocą, był to niezwykle mały ból.

Jednakże czułam różnicę. Nie wiedziałam, czego, ale wiedziałam, że czegoś mi brakuje.

- Marlenko? – Nagle usłyszałam gdzieś obok siebie głos mojego ukochanego. Z trudem uniosłam głowę i spojrzałam na pingwina, który uśmiechnął się szeroko.

- Co się stało? – Spytałam nieco drżącym głosem.

- Wynalazek Kowalskiego – odpowiedział jeszcze bardziej się uśmiechając. – Przestał działać.

- CO?! – Usiałam gwałtownie na pryczy i oczywiście uderzyłam głową o twardy beton. Jednak nie odwróciło to mojej uwagi. Obejrzałam się ze wszystkich stron. Faktycznie, pingwin z powrotem był sobą (o wiele przystojniejszym niż po strzale z wynalazku Kowalskiego) a ja… byłam wydrą.

- Hej, co jest? – Szepnął pingwin widząc, że posmutniałam.

- Już nie jestem tą słodką pingwinicą – odparłam kwaśno, zachowując się trochę jak małe dziecko. Jednak nie za bardzo się tym przejęłam.

- I co z tego? – Zapytał nieco oburzonym głosem i złapał mnie za rękę. – Wolę cię taką. Prawdziwą.

Poderwałam głowę w górę i spojrzałam na niego zaskoczona.

- Naprawdę?

Chłopak pochylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha:

- A TO wystarczy za odpowiedź?

Wtedy mnie pocałował. I z całą pewnością to nie był zwyczajny i grzeczny całus… To, co robiliśmy później możecie się domyślić…

   KONIEC

            

13. Przyjaźń, czy kochanie?

KONNI

-Och Julian, jesteś taki charyzmatyczny!-wymruczałam zalotnie. To była idealna randka. Świece, dźwięki skrzypiec (Mourice ma talent!) i oczywiście on. Przy nim nawet owoce zaczęły mi smakować!

-Oj tak. Jestem nad wyraz symetryczny! Spójrz tylko na tom pienknom figurem!-powiedział i uśmiechnął się, pewny siebie.

-Symetryczny? Ty zgrywusie!-zachichotałam. Był taki zabawny.

-Tak… Zechciałabyś możem zatańczyć?-zaproponował. Wstał i podał mi dłoń. Uśmiechnęłam się i dałam zaciągnąć na parkiet. Boże, jakim on jest dobrym tancerzem!

Po chwili lemur zaczął pochylać się w moim kierunku. Wyciągnęłam ku niemu głowę, czekając na pocałunek, ale…

-STOP!-ryknęła Megan i wcisnęła się pomiędzy nas.-Znosiłam te wasze umizgi przez cały wieczór, ale to już zaszło za daleko! Julian! Nie pozwolę żebyś zmarnował mojej przyjaciółce miłe myśli na temat pocałunków! W życiu! Szczególnie, że to jej pierwszy!

Wkurzona zacisnęłam pięści. Co ona wygaduje?! Jak śmie się wcinać?!

-Wypraszam sobie! Król ma bardzo miły oddech i jest prawdziwym ekspertem, jeśli chodzi o te sprawy!-oburzył się lemur.

Moja przyjaciółka warknęła tylko na niego i wyciągnęła mnie z ich wybiegu.

-O co ci chodzi?!-wybuchłam-Jesteś zazdrosna?!

-Ja?! O kogo niby?! Bo o Juliana to za żadne skarby! Chodzi mi o to, że zachowujesz się jak idiotka!-krzyknęła.

-Jak możesz?!-ryknęłam. Twarz lemurki złagodniała.

-Ech, wiem, że jesteś pod wpływem zaklęcia, ale błagam, skup się! Zapomniałaś o Skipperze?-spytała.

-Jesteśmy przyjaciółmi.-powiedziałam, uparcie ignorując dziwne uczucie budzące się w moim brzuchu.

-Ale gdybyś widziała…

-Dosyć! Kocham Juliana, jasne?!-nie dałam jej skończyć. Być może nie chciałam nawet wiedzieć co miała mi do powiedzenia.

-Zastanów się Konni i spójrz poza tą powłokę fałszywego uczucia. Na kim tak naprawdę ci zależy?-szepnęła Meg i odwróciła się, by odejść…

 

SKIPPER

-Wybijcie to sobie z głowy! Możemy to ewentualnie uznać za plan „B”.-zdenerwowany chodziłem po bazie. Jak on w ogóle mógł zaproponować, coś takiego?! Nie, żeby mi to nie pochlebiało.

-Pewnie tak. Gdybyśmy mieli jakiś pomysł na plan „A”-stwierdził rzeczowo naukowiec. -A nie wiemy, co zrobić.

Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Musi być jakiś sposób poza tym, jaki zasugerował Kowalski. Wtem do środka wskoczyli Szeregowy i Rico.

-I, co? Obserwowaliście ich?-spytałem w napięciu.

-Tak. Jedli kolację, rozmawiali, tańczyli, a potem…-młody przerwał i spojrzał niepewnie na psychopatę.

-Potem, co?! Wyduście to z siebie żołnierzu!-zaczynałem tracić panowanie nad emocjami.

-Chcieli się pocałować, ale Megan ich rozdzieliła w ostatniej chwili.-wybełkotał Szeregowy.

W tej chwili czułem jak ziemia mi się topi pod nogami. Wszystkie zmysły przestały działać. Wzrok mi się zamazał, a w gardle poczułem gulę.

Pocałować? Z Julianem?! To już przekroczyło czerwoną linię! Mam dosyć! Jeśli zaraz czegoś nie wymyślimy to własnoskrzydle uduszę tego luzera, a potem go zabiję, zakopię i jeszcze utopię!!!

Nagle usłyszałem dźwięk odsuwanego włazu i do środka wkroczyła wkurzona Megan.

-Jeśli jeszcze raz zobaczę ich razem to najpierw zwymiotuję, a potem zabiję Juliana. Lub w odwrotnej kolejności.-ostrzegła. No proszę! Czyta mi w myślach! Zaraz zaraz! A jeśli… No tak! To jest pomysł.

-Kowalski! Pamiętacie ten wasz lovelaser?-spytałem z przypływem nadziei.

-Tak. Ale nie widzę związku! Po pierwsze był to swego rodzaju łuk Amora, a ich wyswatanie raczej nie jest naszym celem. Po drugie: wrzuciłem go do pieca. Na waszych oczach.-westchnął strateg. Pokręciłem głową ze zniecierpliwieniem.

-Nie pamiętasz jak, właśnie przez ten wynalazek znienawidziło cię całe zoo?-przypomniałem mu unosząc jedną brew w górę.

-No tak! Wystarczy tylko zbudować lovelaser ponownie, przestrzelić Marlenkę i Juliana, zawczasu przestawiając urządzenie na drugą opcję, czyli na wściekłolaser! To może się udać! Meg, pomożesz mi?-spytał podekscytowany.

-Jasne-odparła i podeszła do niego-A potem mi powiesz, do czego ci było takie urządzonko.-Po chwili oboje zniknęli w laboratorium.

Westchnąłem z ulgą. Jest jeszcze szansa. Postanowiłem się przewietrzyć, bo przez te nerwy zabrakło mi tlenu.

Wspiąłem się po drabince i wyszedłem na zewnątrz. W bladym świetle księżyca dostrzegłem sylwetkę Konni przy krawędzi wysepki. Głowę miała skierowaną w górę i uśmiechała się lekko. Faktycznie, wyglądała jak piękny anioł. Brakowało jedynie skrzydeł.

-Hej.-zanim zorientowałem się, co robię usiadłem przy dziewczynie.

-Cześć.-odpowiedziała krótko nie patrząc na mnie. Przełknąłem nerwowo ślinę.

-Udała się randka?-spytałem, choć natychmiast tego pożałowałem. Nie chciałem słuchać, jaki ten Julian jest niby cudowny! Och! Och!

Jednak, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu wzruszyła tylko ramionami.

-Było… Dobrze.-odparła i pozwoliła opaść powiekom.-Dopuki Megan się nie zjawiła.-dodała.

Natychmiast cały się spiąłem. Ona chciała go pocałować…

-Choć sama nie jestem pewna, czy on chce być z kimś takim jak ja?-powiedziała z wyraźnym smutkiem. Zachciało mi się śmiać i wrzeszczeć jednocześnie. Pytanie powinno brzmieć inaczej. Z tym swoim wyglądem zwracała uwagę wszystkich o płci męskiej, ( a już szczególnie, od kiedy wróciła z zaświatów). Poza Kowalskim i Mortem, bo jeśli chodzi o Szeregowego i Rico to nie jestem do końca pewien.

-Jeśli nie chciałby być z tobą to jest głupszy niż myślałem.-co ja wygaduję?! Nie wiem, co we mnie wstąpiło!

-Dzięki Skipper. Jesteś świetnym przyjacielem.-powiedziała i uśmiechnęła się, ale nie ruszyła nawet o cal.

Coś mnie zakuło na dźwięk słowa „przyjaciel”. Niby, czemu? Przecież tak było. Marlenka to moja najlepsza przyjaciółka. Przecież nie może być inaczej, prawda?! Nie może!!!

-Ty też.-powiedziałem, starając się przekonać do tego samego siebie-A, co z medalionem?

Wyraźnie napięła mięśnie.

-Jutro go wezmę.-rzekła. Miałem wielką nadzieję, że tak zrobi.

-To… Może wejdziemy do środka. Robi się zimno.-powiedziałem, choć w środku cały się gotowałem.

-Masz rację.-stwierdziła i wstała. Wpuściłem ją przodem. Ha! Ogoniasty z pewnością odepchnąłby ją na bok i sam przecisnąłby się przez wejście… A co mnie to w ogóle obchodzi? Owszem, w dniu śmierci Marlenki myślałem o niej w ten sposób, ale jesteśmy tylko przyjaciółmi i nic tego nie zmieni. PRZYJACIELE martwią się, gdy drugi PRZYJACIEL spotyka się z niewłaściwą osobą. Tak robią PRZYJACIELE, a my jesteśmy PRZYJACIÓŁMI, więc taka PRZYJACIELSKA zazdrość znaczy tyle, że martwię się o nią w PRZYJACIELSKI sposób!!! Bo jesteśmy jedynie PRZYJACIÓŁMI!!!

Szeregowy i Rico wlepiali gały w telewizor, a z laboratorium dobiegały różne odgłosy.

-Oglądamy film. Obejrzycie z nami?-spytał młody robiąc maślane oczy do Konni. Kiwnęła głową i usiadła przed telewizorem, więc pozostało mi tylko pójść w jej ślady.

Grali horror i po jakiś dziesięciu minutach rozległ się cieniutki pisk. Zerknąłem na Marlenkę, ale ona pokręciła głową i spojrzała znacząco na Szeregowego.

-Nie wracajmy do tego.-szepnął młody. Pokiwałem rozbawiony głową, patrząc jak pingwin przytula misia.

Film leciał dalej, ale po jakimś zorientowałem się, że nadal obserwuję Marlenkę. Szybko odwróciłem głowę. Co jest ze mną nie tak?

 

KONNI

Przesiedziałam przed ekranem całą noc wysłuchując pochrapywania chłopców. Kowalski przez cały ten czas siedział w laboratorium. Ciekawe, co kąbinował? Gdy maraton dobiegł końca wyłączyłam telewizor i cicho weszłam do swojego pokoju. Szybko zmyłam wczorajszy makijaż i rozpuściłam włosy. Spojrzałam w lusterko. Od kiedy mam różowe oczy? Pomyślałam o słowach Skippera. Że „to urok miłosny”. Czy to prawda? Nie! Kocham Juliana! I to nie przez jakieś zaklęcie!

Kiedy usłyszałam krzątanie w pomieszczeniu głównym, wyszłam do chłopców. Poranny trening był jakiś taki dziwny. Cichy. Każdy był w swoim własnym małym świecie. Po kilku ćwiczeniach zaczęłam odczuwać oznaki zmęczenia. Co było niecodzienne, bo zazwyczaj robię takie serie z zamkniętymi oczami.

-Konni, wszystko w porządku?-spytał nagle Skipper. Ledwo go dostrzegłam, ponieważ oczy zaszły mi krwią. W głowie szumiało.

-Tak… Jest dobrze.-skłamałam. Nie chciałam żeby uważali mnie za słabowitą laleczkę, która męczy się nawet wtedy, gdy ma zrobić kilka brzuszków.

-Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej.-wtrącił swoje Kowalski. Cudnie! Dzięki, bardzo mi miło! Ale z pewnością miał rację. Nie wiem czy jeszcze długo wytrzymam.

-Może lepiej idź się położyć. Jeszcze coś ci się stanie.-stwierdził szef. Już miałam mu powiedzieć, że jestem martwa i nic mi się stać nie może, ale uznałam, że to bezcelowe. Czuję się źle, bardzo źle. Zgodziłam się więc i podeszłam chwiejnie do włazu. Zeszłam na dół prawie się przewracając. Od razu weszłam do łóżka. Położyłam głowę na miękkiej poduszce. Miałam wrażenie, że waży tonę. Przymknęłam oczy. Mdliło mnie, a w głowie szumiało. Dlaczego jestem w takim stanie? A może to przez to, że nie miałam na sobie medalionu?

 

SKIPPER

-Mam nadzieję, że skończyłeś już lovelaser.-powiedziałem z nadzieją po skończonym treningu. Zaczynałem się poważnie martwić o dziewczynę.

-Tak.-potwierdził naukowiec. Świetnie! Oby się udało!

Kowalski wymierzył urządzenie w Juliana i „namierzył” go.

-Dobrze. W takim razie chodźmy.-zdecydowałem. Po chwili staliśmy już w sypialni dziewczyny.

-Ustawiony prawidłowo?-chciałem wiedzieć. Strateg potwierdził i wycelował w Marlenkę. Z wynalazku wypłynęło zielonkawe światło i „wsiąknęło” w samiczkę, która po chwili się obudziła.

-Co wy robicie?-spytała patrząc na lovelaser w skrzydłach Kowalskiego.

-Jak się czujesz?-zignorował jej pytanie Szeregowy.

-A jak się mam czuć? Tak jak wcześniej!-powiedziała patrząc na nas jak na bandę idiotów.

-Pamiętasz, że byłaś wczoraj na randce?-spytałem zduszonym głosem.

-Z Julkiem? Tak, a co?-odparła zniecierpliwiona.

-Czyli nie działa.-westchnął Kowalski. Spuściłem wzrok i zrezygnowy wyszedłem z jej pokoju.

-Szefie, może przyszedł czas na…

-Tak.-przerwałem najwyższemu z nas-Masz rację. To jedyne wyjście…

 

WIEM, ŻE NIE WYSZŁO, ALE BEZ PRZEKLEŃSTW PROSZĘ.

12. Wielki powrót Juliana

KONNI

Był dość ciepły jesienny wieczór. Z naciskiem na słowo jesienny. Wiał mroźny wiatr i zbierało się na deszcz. Mówiłam. Dość ciepły JESIENNY wieczór. To mój czwarty od „wizyty” w zaświatach. Wszystkie zwierzęta w zoo już mnie widziały. Wersja oficjalna jest taka, że to dzięki maszynie Kowalskiego.

Tak, tego mi było trzeba, przeszło mi przez myśl, gdy robiłam pompki. Wyczerpujący trening(choć tym razem aż tak się nie zmachałam. Może doskonała sprawność to jedna z zalet Córki Księżyca. A raczej na pewno, bo dawniej, po takich ćwiczeniach nie mogłabym się ruszać. Tak tylko mówię).

-Szefie! Kończymy już?-mruknął Szeregowy i od razu dostał plaskacza od Rico i Kowalskiego. Nawet JA wiedziałam że im więcej marudzenia tym dłuższy trening!

-Oczywiście że nie! A teraz poćwiczymy pływanie!-Skipper zaśmiał się. Tak jakby młody opowiedział żart. Cudnie! Kąpiel w lodowatej wodzie! Jupijaj! No chyba żeby nie!

Z jękiem wskoczyliśmy do basenu. Chłód mnie sparaliżował. Jednak szybko się ogarnęłam i zaczęłam płynąć wokół wysepki. I tak kilkanaście kółek! Mięśnie mi słabły. Ja go normalnie zaskarżę, jeśli się przeziębię. Nie wiem gdzie, ale coś wymyślę! Październik to nie czas na kąpiel!

Wreszcie szef pozwolił nam wyjść z wody i iść spać. Ten to miał dobrze! Nawet się nie zamoczył! Gdy tylko znalazłam się w ciepłym pokoju, wytarłam się suchym ręcznikiem i wsunęłam pod kołdrę, by się rozgrzać. Ostatnio spałam tylko w pierwszą noc po moim powrocie. Byłam troszeczkę zmęczona…

Obudziła mnie muzyka grająca u lemurów. Czy oni nie mają litości?! Przeciągnęłam się i ręką dotknęłam szyi w miejscu gdzie powinien wisieć kamień medalionu. Nie było go! Poderwałam się na równe nogi i wypadłam z hukiem z pokoju.

-Obudźcie się!-ryknęłam. Chłopcy krzyknęli i pospadali z prycz.

-Co się stało?-spytał zaspany Skipper.

-Ktoś mi ukradł medalion!-wrzasnęłam.

-No i z tego powodu budzisz nas tak wcześnie?-mruknął Kowalski, otrzepując się z kurzu.

-Nie rozumiesz! Dzięki niemu wróciłam! Jeśli go nie znajdę po dwóch dniach zniknę!-warknęłam.

-Jasne…-burknął naukowiec. Zrobiłam się czerwona na twarzy. Z wściekłości.

-Posłuchaj! Bardzo mi przykro z powodu upadku twoich przekonań, ale do jasnej Anielki! To nie moja wina że zaświaty istnieją choć nauka tego nie udowodniła!!! Teraz mamy poważniejszy problem! Gdyby ten naszyjnik znalazł, np. Julian to może być koniec świata! I to dosłownie!!!-wybuchłam. Wszyscy wpatrywali się we mnie z otwartymi dziobami. Po chwili na ich twarzach pojawiło się olśnienie.

-Julian!-krzyknęliśmy wszyscy jak na komendę i wyskoczyliśmy z bazy. Ślizgiem dotarliśmy na wybieg lemurów. Faktycznie. „Król” tańczył, a na jego szyi dyndał medalion!

-Ogoniasty! Oddawaj ten naszyjnik!-rozkazał Skipper.

-Nie rozkazuj królowi swemu!-odpowiedział lemur a potem spojrzał na mnie-Mourice! Oto moja ukochana! Przygotuj dla niej koronem!!-wrzasnął, dotykając przy tym kamienia. Wiedziałam, że to nie było zbyt korzystne. Przynajmniej dla mnie.

Nagle ogarnęło mnie dziwne ciepło. Wypełniło mnie całą, sprawiając, że poczułam się, co najmniej słabo. Spojrzałam na Juliana i uśmiechnęłam się. Wysoki, przystojny…

 

SKIPPER

-Kowalski, jakieś teorie?-spytałem, obserwując jak Konni podchodzi do Juliana. Zaczęła rzucać mu zalotne uśmieszki i szepnęła coś na ucho. Ona flirtowała! Z tym płytkim, samolubnym, durnym, perfidnym…

-To mi wygląda na czar miłosny. Ma teraz czerwony kolor tęczówek.-stwierdził naukowiec. Rzuciłem mu zdumione spojrzenie.

-No co? Z tych forach internetowych można się sporo dowiedzieć!-wzruszył ramionami.

-Myślałem że nie wierzysz w magię!-zdumiał się Szeregowy.

- Nie wierzyłem! Ale, gdy w twoją zabawkę wstąpił demon, zmieniłem zdanie! Ale to nie zmienia faktu, że to trochę dziwne iż Marlenka wróciła z tak zwanej drugiej strony.-orzekł Kowalski. Westchnąłem. Myślałem że to kobiety są zmienne… A tu proszę!

-To co mamy teraz zrobić?-chciał wiedzieć młody.

-Proponuję stare dobre rozwiązanie…

-Grzecznie poprosimy o zwrot?-spróbował zgadnąć Szeregowy.

-Dokładnie… Zaraz! Co?! Nie! Chodziło mi o siłę!-spojrzałem twardo na młodego. Rzuciłem się na samozwańczego władcę, ale w ostatniej chwili drogę zablokowała mi Marlenka.

-Widzisz ptaku nielocie! Duchy nieba są po mojej stronie!-wykrzyknął z tryumfem lemur, po czym zwrócił się do dziewczyny-Spotkamy siem wieczorem ukochana?

Konni uśmiechnęła się słodko i kiwnęła główką. Zazdrość rozsadzała mnie od środka. No i co z tego że była pod wpływem uroku czy czegoś tam?! Trzymała głowę na jego ramieniu! Opadły mi ramiona.

-Szefie! I co teraz?!-chciał wiedzieć Szeregowy, któremu Rico zasłonił oczy. Przyznam, że tym razem to ja bym wolał je zamknąć. Sobie.

-Nie mam pojęcia.-szepnąłem i odwróciłem się do zakochanych plecami-Nie mam pojęcia…

KONNI

-Co?!-krzyknęła Megan z przerażeniem.

-Powiedziałam że…

-Słyszałam! Tylko… Podoba ci się Julian?!-patrzyła na mnie jakby chciała zwrócić śniadanie.-Ten którego nazwałaś obleśnym i durnym narcyzem?!

-Nie mów tak. Jest uroczy, przystojny, ma cudowne oczy!-zaprotestowałam rozmarzonym głosem. Lemurzyca nie była przekonana. Zmierzyła mnie od stóp do głów( co jest totalnie bezsensu bo mam tylko jedną głowę. Ale mniejsza!) taksującym wzrokiem.

-Marlenko-zaczęła ostrożnie-Czy ty coś brałaś?

Wybałuszyłam na nią oczy. Co?!

-Nie.-odpowiedziałam spokojnie ale poczułam lekkie zniecierpliwienie.

-Acha…-milczała przez chwilę-A gdzie twój medalion?

-Julciuś go ma.-rzekłam kładąc ręce na biodrach.

-Że kto, przepraszam?!!!-wrzasnęła.

-Słyszałaś. A poza tym idę się przyszykować na randkę z miłością mojego życia, więc będę już szła.-zaczęłam się wycofywać, ale Meg złapała mnie za rękę. Mało delikatnie, jeśli chodzi o ścisłość.

-W życiu! Nie pozwolę żebyś swój pierwszy pocałunek przeżyła z… Brr… Julianem!-wzdrygnęła się na własne słowa-Idziemy do bazy i razem coś wykąbinujemy.

Zaczęła ciągnąć, chociaż lepszym określeniem byłoby wlec, mnie w stronę habitatu pingwinów. Doszłyśmy na miejsce w tempie dość… Hmm… Przypominającym chód żółwia.

-Chłopaki! Zróbcie coś! Ona oszalała!-krzyknęła moja przyjaciółka, zmuszając żebym usiadła na krześle. Pingwiny spojrzały na nas bez wyrazu.

-Co my możemy? To coś na czym się kompletnie nie znamy.-westchnął Skipper.

-Emm… Mogłabym iść się szykować?-ta cała sytuacja działała mi na nerwy.

Nie czekając na odpowiedź wmaszerowałam do swojego pokoju i usiadłam przy lustrze z zamiarem stworzenia czegoś szałowego…

 

SKIPPER

-Megan. Powtarzam że nic tu nie zdziałamy.-oświadczyłem ze smutkiem.

-Nawet nie spróbujecie odebrać tego medalionu?-żachnęła się lemurzyca.

-Julian dysponuje teraz nieznaną nam mocą. Jedynie Marlenka mogłaby odebrać mu naszyjnik, ale ona jest teraz… Nie do końca przy zdrowych zmysłach.-rzekł Kowalski. A więc nie ma nadziei? Nie dość że zniknie po czterdziestu ośmiu godzinach to jeszcze spędzi ten czas w towarzystwie Juliana!!! Rewelacyjnie! Już lepiej być nie może!!!

-Kowalski! Sprawdź na tych swoich forach coś o urokach miłosnych.-rozkazałem. Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i do bazy głównej weszła Konni. Zaniemówiłem. Wyglądała cudownie! To znaczy, zawsze wygląda pięknie, ale teraz przeszła samą siebie! Powieki jej lśniły, włosy miała upięte w zgrabnego koka, futerko i dzióbek błyskały czystością, a paznokcie pomalowane na ciemnoniebieski.

Zrobiło mi się słabo. Nie z powodu Marlenki oczywiście! Tylko Julian może wymyślić coś, co nam wszystkim zaszkodzi! O ile już tego nie zrobił, ale po nim można się spodziewać wszystkiego!

-Szefie!-z transu wyrwał mnie głos Kowalskiego. Wziąłem się w garść i wszedłem do laboratorium.

-Tak?-spojrzałem mu przez ramię na ekran komputera, lecz przed oczami nadal miałem obraz Konni. Pięknej dziewczyny która zaraz będzie miała randkę z najgorszą ofiarą na ziemi!!!

-Słucha mnie szef?!-spytał niecierpliwie Kowalski.

-Co? Ach… Możesz powtórzyć?-odchrząknąłem, bo poczułem gulę w gardle.

-Tak… Jak więc mówiłem… Przeglądałem witryny internetowe poszukując rozwiązania na oczywisty problem i znalazłem coś ciekawego. Opis medalionu, który wygląda zupełnie jak ten Marlenki. Przeznaczony dla córki bogini Księżyca. Stworzony przez Gaję. Ma w sobie moc tak potężno, że nikt nie jest w stanie jej pokonać.-powiedział naukowiec.

-A co to ma do Konni? Poza tym, że jej medalion wygląda tak jak ten, o którym mówiłeś.-spytałem.

-A to, że to właśnie Marlenka jest tą boginią! To, by wyjaśniało, dlaczego mogła wrócić na ziemię!-stwierdził-No i przy okazji znalazłem tez cos, co może nam pomóc…

11.Powrót o zmierzchu

MARLENKA

Szłyśmy z mamą kamienną drogą w kierunku pięknego budynku, przypominającego rzymską świątynię. Mijaliśmy różne duchy i mogłabym przysiąc, że widziałam z oddali Alex! Ale zapanowałam nad chęcią wygarnięcia jej, co niej myślę. Miałam ważniejsze sprawy!

-To tu mieszkacie?-spytałam. Miałam na myśli bogów i aniołów.

-Tak.-odpowiedziała wydra lakonicznie.Weszłyśmy na schody, a potem do środka.

-Wow!-szepnęłam. Tam było przepięknie. Dało się słyszeć delikatny szum wody i śpiew ptaków. Gdziekolwiek można było dostrzec jakąś mistyczną postać. Posejdon, jak mniemam, siedział przy fontannie, w której pływał delfin, Frija gawędziła z pięknym pawiem, a Tes z lwem.

-Każdy bóg ma swój odpowiednik w świecie zwierząt i ludzi.-wyprzedziła moje pytanie mama-Cóż, każdy z wyjątkiem ciebie i człowieczego boga Słońca. Czyli dwóch… Hmm… Głównych bogów, że się tak wyrażę.

Skinęłam głową na znak, że rozumiem. Rany! Nie dość, że spotkałam archaniołów i mamę, która jak się okazało jest boginią, a teraz przekazała mi swoje zdolności, to jeszcze dowiaduję się, że jestem jednym z głównych bogów. Uff, dużo jak na jeden dzień. Ale mama wspominała wcześniej, że ja to duchowa przywódczyni zaświatów. To, to miała na myśli?

Szłyśmy dalej przed siebie, a każdy, kto się z nami mijał, dygał z szacunkiem. He he! Mogłabym się przyzwyczaić.

Wtem przed nami wyrósł jak spod ziemi anioł z czarnymi piórami u skrzydeł.

-Witam, Zegar już naprawiony.-rzekł uroczyście.

-Dobrze.-powiedziała Selene i zwróciła się do mnie-Pamiętaj, że jesteś duchem. Nie potrzebujesz snu czy jedzenia, acz nie będziesz miała z tym problemu. Gdy tylko zechcesz możesz coś przekąsić lub się zdrzemnąć. Będziesz także przyciągać większe zainteresowanie. Wszyscy instynktownie wyczują, że jesteś niezwykła. O! Nie ściągaj medalionu, bo jeśli nie założysz go w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, znikniesz i powrócisz tutaj. W ciągu dwóch dni będziesz niestety bardzo osłabiona i wrażliwa na nawet najmniejszy ból.

Ech, zawsze jest jakiś haczyk. Czemu życie… Eee, to znaczy nieżycie musi być takie trudne! Fakt, cieszę się, bo dzięki temu, że jestem boginią (czy czym tam) mogę wrócić, ale… Chciałabym być normalna. I, jeśli wierzyć wszystkim legendom, mitom, czy książką to…

-I strzeż się Seta. To zbuntowany pomocnik Kassiel. To on namieszał w twoim zegarze, choć wszyscy oskarżają o to archanioła. Za to zastał wygnany na ziemię, ale podejrzewam, że będzie chciał cię znaleźć.-dodała Hekate.

Wiedziałam! Oficjalnie zyskałam arcywroga!

Mama wyciągnęła ku mnie ręce. Objęłam ją mocno, nie wiedząc, kiedy znowu się zobaczymy.

-To co mam zrobić?-spytałam zduszonym głosem, gdy udało mi się wyswobodzić z ramion mamy.

-Skup się na miejscu do, którego chcesz wrócić.-poradziła wydra. Westchnęłam, żeby się uspokoić i zamknęłam oczy. Przywołałam wszystkie wspomnienia z zoo w Nowym Jorku. Pomyślałam o wszystkim i o wszystkich.

Nagle dostałam dziwnego uczucia. Tak jakby nogi zrobiły mi się z waty.

-Nie!!! Stop!!!-wrzasnęłam na całe gardło, gdy zorientowałam się, że naprawdę spadam. Spojrzałam w dół. Ziemia zbliżała się w zastraszającym tempie. Co jest?! Chcą mnie zabić, czy co?! No dobra, tekst niezbyt pasuje do mojego obecnego stanu, ale nieważne!

-Aaaaa!!!-wydarłam się, gdy przywaliłam w Matkę Ziemię. O dziwo, ból nie był taki okropny, jednak i tak czułam się jakbym miała połamane wszystkie kości.

Przez kilka sekund leżałam na ziemi i przeklinałam w myślach to, że nie umiem latać. Z jękiem podniosłam się zatoczyłam trochę w tył. Ale byłam przy bramie ogrodu! Udało się!

Garb księżyca lśnił na niebie i zdawał się cieszyć moim szczęściem. Kamień medalionu zabłysnął na chwilę rozprowadzając przez złudzenie mojego ciała falę ciepła. Uśmiechnęłam się szeroko i weszłam podekscytowana na teren zoo. Wzruszenie ścisnęło mnie za serce, a raczej jego wspomnienie.

Nagle zauważyłam Megan idącą w stronę wybiegu dla pingwinów. Zakradłam się do niej, najciszej jak potrafiłam.

-Co się stało?-spytałam, udając głupią, gdy zobaczyłam smutek na jej twarzy. Nawet nie podniosła na mnie wzroku.

-No wiesz, dziś był twój pogrzeb… Będzie mi ciebie brakowało…-mruknęła i podniosła na mnie wzrok. Musiałam się nieźle natrudzić by zdusić wybuch śmiechu. Przez chwilę Meg patrzyła na mnie tępo, a potem…

 

SKIPPER

Pakowaliśmy właśnie z chłopcami rzeczy Marlenki, gdy rozległ się wrzask Megan. Wyskoczyliśmy czym prędzej z bazy i stanęliśmy w pozycji do walki. Mdłe światło latarni otulało dwie dziewczyny. Przerażoną i zarazem szczęśliwą lemurzycę oraz… Nie no! Zawału dostanę! Konni?!

-Ale… Ale… To nie możliwe!-krzyknął Kowalski, podczas, gdy Szeregowy się za nim schował. Stałem jak sparaliżowany. Jej piękne oczy napotkały moje spojrzenie. Znalazłem w nich to, co w Marlence. Ciepło, radość i zaufanie.

Podszedłem do niej chwiejnym krokiem.

-Marlenko? To ty?-spytałem.

-Tak.-odpowiedziała tylko i uśmiechnęła się promiennie.

-Nie! Nie ma czegoś takiego jak duchy!-spanikował naukowiec.

-Gdybyś widział tyle, co ja, nie powiedziałbyś tego.-powiedziała Konni-Sprawdź mi puls.

Strateg ruszył na przód z wielką pewnością. Dotknął szyi dziewczyny, a ta pewność ustępowała miejsca strachowi.

-Nauka wyklucza zjawiska paranormalne! Wszystko w co wierzyłem właśnie umiera!-rozpaczał.

-Wróciłam dzięki temu medalionowi. I mojej mamie.-wyjaśniła Marlenka dotykając łańcuszka.

-Konni!-wykrzyknęła Meg. Wreszcie się ocknęła i rzuciła na szyję przyjaciółce. Późny zapłon. Patrzyłem na to w milczeniu. Nie da się ukryć, że jestem troszeczkę zaskoczony. No, bo… Ona nie żyje!

-Czyli… Jesteś duchem?-spytał Szeregowy drżącym głosem.

-Można tak powiedzieć. Choć nie zamierzam nikogo straszyć.-odpowiedziała, wydostając się z uścisku Megan.

-Mogem wiedzieć, co tom za hałasy w mym królestwie som?!-No nie! Nie teraz! Nie ten błazen!

Julian przeskoczył przez mur i wylądował tuż obok Konni. A raczej jej ducha. Przez chwilę mierzył ją uważnie wzrokiem, a następnie wydał z siebie okrzyk radości.

-Wiedziałem! Bogowie zesłali ciem spowrotem do mnie byśmy mogli być razem!-ucieszył się i zbliżył do dziewczyny. Przełożył jej rękę przez ramię, doprowadzając mnie przy tym do szału

-A to jest dowód! Duchy nieba podarowali mi tom pienknom błyskotke!-dodał, widząc naszyjnik Marlenki. Wyciągnął rękę po błyskotkę, ale Konni przyłożyła mu w dłoń.

-Au! Nie godzi siem tak traktować króla! Idem stond! Ale wrócem!-oświadczył i zniknął na swoim wybiegu.

Zapadła cisza, a do mnie zaczęło powoli docierać…

-Szefie? Wszystko w porządku?-spytał Szeregowy.

-Tak. To znaczy wiem, że to sen. Ale nie pamiętam żebym się kładł.-odparłem-Rico, widelec poproszę!

Wszyscy spojrzeli na mnie zdezorientowani.

-Widelec?-wycherlał psychopata niepewnie.

-Tak. Widelec.-powtórzyłem niecierpliwie. Pingwin spełnił moją nietypową prośbę. Chwyciłem sztuciec w skrzydło i wbiłem mocno w drugie.

-Em… To nie było całkiem normalne.-sapnęła lemurzyca. Skrzywiłem się z bólu i potarłem ranę.

-Acha. Czyli to nie sen. Rozmawiam właśnie ze zmarłą przyjaciółką. He! He!-zaśmiałem się i lekko zatoczyłem w bok.

-Skipper!-krzyknęła Konni i potrząsnęła mnie za ramiona-Wiem, że to wszystko jest mało prawdopodobne, ale jestem tutaj.

Potrząsnąłem głową. Super. Wszystko jest dobrze…

 

KONNI

-Powiedz, są tam jakieś jednorożce albo wróżki?-zapytał Szeregowy, patrząc na mnie z nadzieją. Siedzieliśmy w bazie, przy stole. Młody był podekscytowany, podobnie jak Megan. Skipper utrzymywał na dziobie lekki, nieco zagubiony uśmiech, Kowalski miał niewyraźny wyraz twarzy i ciągle przeglądał coś w swoich książkach. Rico wyglądał jak… No… Jak Rico. Cieszę się, że do nich wróciłam.

-Nie wiem. Widziałam jedynie archaniołów.-odpowiedziałam. Naukowiec prychnął głośno.

-A co jeśli jesteś androidem?!-zawołał.

-Uspokój się!-syknęła Megan.

-Nie jestem. Jeśli chcesz to sprawdź to wykrywaczem metalu.-zaproponowałam twardo. Pingwin zdębiał.

-Kowalski? Macie w laboratorium wynalazki, które mogą zniszczyć wszechświat, a nie macie na stażu wykrywacza metalu?!-obruszył się szef.

Strateg wydał z siebie niezrozumiały pomruk. Wstał i wszedł do swojej pracowni. Przez kilka minut słychać było jedynie stukanie młotka.

-Mam!-w końcu wyszedł, mając w skrzydłach jakieś urządzenie. Zdjęłam naszyjnik i podałam go Megan.

-I co?-spytałam, gdy Kowalski przestał już mnie sprawdzać.

-Nic.-burknął naukowiec zrezygnowany. Odebrałam naszyjnik i założyłam. Dziwne… Bez niego czułam się taka… Bezbronna.

-W takim razie jesteś z drewna!-nie poddawał się najwyższy pingwin.

-Przywołuję was do porządku żołnierzu!-krzyknął Skipper.

-I pan szefie przeciwko mnie?! Tak prędko jej pan zaufał?!-wrzasnął zdruzgotany Kowalski. Szef zerknął na mnie z wahaniem. Ech, no trudno. A wolałabym tego uniknąć.

-Skoro tak, podpal mnie.-powiedziałam. Wszyscy spojrzeli na mnie jakbym do reszty oszalała. Może tak było? Ale jestem martwa, więc nic mi się nie może stać!

-Mówisz poważnie?-spytał Szeregowy z lekkim przerażeniem. Kiwnęłam głową i podniosłam wyzywająco głowę.

-Emm… Zgoda.-wybełkotał Kowalski i zapalił zapalniczkę. Podszedł do mnie chwiejąc się przy tym jakby po całonocnej imprezie. Przełknął głośno ślinę i podsunął mi płomień pod futro. Czekałam, ale to nawet się nie zapaliło!

-Co jest?-warknął pod nosem pan mądrala i przysunął zapalniczkę bliżej mnie. Przez kilka minut nic się nie stało, więc poddał się.

-to istny surrealizm!-powiedział, niemal płaczliwym głosem. Aż mi się go szkoda zrobiło.

Przyznam, że byłam zaskoczona. Myślałam, że przynajmniej trochę się pofajczę.

-Zrobiło się późno…-zaczęła Meg-Do jutra.

Pocałowała Kowalskiego na pożegnanie i uścisnęła mnie, po czym wyszła. W bazie zapadła cisza.

-Dobra… To ja pójdę do siebie.-mruknęłam i po chwili zamknęłam za sobą drzwi sypialni. Zrobiłam krok do przodu i wyrżnęłam o podłogę. No tak, zaczęli mnie pakować, a ja potknęłam się o pudło. Zaczęłam więc wyjmować swoje rzeczy i ustawiać je na swoje miejsce. Kilka minut później zwaliłam się na łóżko. Obok stała szafka, a na niej zdjęcie Skippera. Wzięłam je i pogłaskałam wizerunek pingwina. Poczułam, że łzy palą mnie pod powiekami, na myśl, że nie mogłabym go zobaczyć.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi.

-Proszę!-powiedziałam, ocierając łzy. Do pokoju wszedł Skipper.

Usiadł obok, aż przeszedł mnie miły dreszczyk.

-Chciałbym cię przeprosić… To moja wina. Wiedziałem, że służba to ryzyko, ale…

-To nie twoja wina!-weszłam mu w słowo.

-Czyli zostaniesz w oddziale?-spytał z nadzieją w głosie. Dmuchnął na kosmyk włosów, opadających mu na oko.

-Nie mam zamiaru odchodzić.-upewniłam go. Uśmiechnął się do mnie szeroko.

-Myśl, że umarłaś, ale jesteś tutaj wydaje mi się taka…

-Dziwaczna?-podpowiedziałam.

-Nie. Chociaż to też, ale głównie… Miła.-odparł i spuścił wzrok. Gdyby tylko wiedział, ile znaczą dla mnie jego słowa.

-Cieszę się, że wróciłaś.-dodał cicho.

-Też się cieszę, że tu z wami jestem. Choć nie wiem jakim cudem, to jednak dali mi drugie życie. Nie zamierzam zastanawiać się nad tym jak to zrobili tylko cieszyć się z szansy.-wyjawiłam. Spojrzałam na niego. Pingwin obserwował zdjęcie, które nadal trzymałam. Czułam jak policzki palą mnie pod futrem. Szybko odłożyłam fotografię. Skipper podniósł się.

-Too… Dobranoc.-pożegnał się i po sekundzie go nie było.

Otuliłam się szczelnie kołdrą. Byłam zmęczona, mimo że nie musiałam spać. Co mi tam! Odpocznę sobie…

Dotknęłam kamienia i poczułam, że wreszcie jestem sobą. Kimś kogo przez tyle lat szukałam i nie mogłam znaleźć.

Chociaż, czasami mam wrażenie, że ostatnie miesiące to pokręcony sen. I, że któregoś ranka obudzę się i nadal będą wydrą…